Ten wycinek muzyczny zaprezentowałem już w 2019 r., ale w wersji rozczłonkowanej i bez dokładnej daty publikacji. Teraz przedstawiam go tak jak się ukazał w magazynie "Razem" z podaniem dokładnej daty i numeru tego pisma.
Celem tego bloga jest udostępnienie plakatów i rzadkich artykułów drukowanych niegdyś w prasie nie muzycznej PRL
sobota, 3 października 2026
sobota, 15 stycznia 2022
Pink Floyd - "Shine On You Crazy Diamond" (tekst i tłumaczenie) w magazynie "Razem" z połowy lat 80. XX w.
Album "Wish You Were Here" (1975) zespołu Pink Floyd od dawna ma status jednej z najlepszych płyt w historii tej grupy i muzyki rockowej, a zwłaszcza tej jej części, która nazywana jest progresywnym rockiem. Głównym utworem tego albumu była wieloczęściowa kompozycja "Shine On You Crazy Diamond". Pierwotnie miała ona wypełnić pierwszą stronę albumu, ale ostatecznie pod wpływem Rogera Watersa pozostali członkowie zespołu zdecydował, że aby podzielić ją na dwie części po dwóch stronach albumu.
W ten sposób nastąpiło bezwiedne zobrazowanie coraz większego pęknięcia w grupie, a także ukazywało jej niemoc twórczą po sukcesie albumu "The Dark Side Of The Moon". Na koncertach utwór ten zespół prezentował jednak najczęściej jako jedną całość, ale nieco przearanżowany i skrócony.
Utwór "Shine On You Crazy Diamond" pierwotnie nazywający się "Shine On" powstał z różnych kawałków muzycznych stworzonych przez członków zespołu podczas prób i improwizacji. Jednym z takich fragmentów były odgłosy pocierania palcami kieliszków wypełnionych wodą pierwotnie będące fragmentem projektu muzycznego pod nazwą "Hosenhold Objects" mającego na celu nagrywanie dźwięków z otoczenia człowieka. Wykorzystano je w początkowej partii utworu "Shine On You Crazy Diamond". Główny motyw przewodni stworzony został na gitarze przez Davida Gilmoura, a następnie rozwijany był przez dźwięki syntezatora i innych instrumentów, a także partii wokalnych. W wyniku tego powstała powolna melodia o melancholijnym charakterze przerywana niekiedy bardziej dynamicznymi motywami instrumentalnymi.
Na pytanie dlaczego utwór "Shine On You Crazy Diamond" jest taki smutny, Roger Waters odpowiedział, bo: "...świat jest kurewsko smutnym miejscem"...". Generalnie cały album opowiada o wykluczeniu i nieobecności człowieka, zwłaszcza bardziej wrażliwego. Coraz większe wzajemne wyobcowanie członków zespołu, a także poczucie winy z powodu odsunięcia z grupy jego pierwszego lidera sprawiły, że utwór ten stał się także w oczach zespołu muzycznym portretem Syda Barretta a za jego pośrednictwem wszystkich innych ludzi wyizolowanych z naszego świata. Dobitnie zostało to wyrażone w jego tekście.
Nawiasem mówiąc podczas sesji do tego albumu Syd Barrett przyszedł niespodziewanie do studia nagraniowego, ale muzycy Pink Floyd w pierwszej chwili go nie poznali, bo choroba psychiczna zmieniła go nie tylko psychicznie, ale także fizycznie. Jego obecność dodatkowo wpłynęła na intensywność ich przekazu artystycznego w tym utworze.
Gdy na początku 1980 r. zainteresowałem się muzyką, od wydania tego albumu upłynęło zaledwie 5 lat. Z mojej obecnej perspektywy, a więc 41 lat od daty jego wydania, owe 5 lat wydaje się wręcz śmiesznie małym upływem czasu. Jednak wówczas te pięć lat, to było dla mnie bardzo dużo czasu, stąd wydawało mi się wówczas, że ta płyta została bardzo dawno temu wydana.
W tym czasie mało kto w Polsce ją miał i praktycznie można było jej posłuchać tylko dzięki temu, że ktoś nagrał ją z Polskiego Radia i a następnie dał ją odegrać, albo gdy się kupiło piracką kasetę a tym albumem na bazarze, w naszym przypadku na tzw. czarnym rynku w Katowicach.
Ja niestety jej wówczas nie miałem nawet nagranej, ale pamiętam pewne wydarzenie związane z tą płytą i tym nagraniem. Pewnego razu, gdy w połowie 1980 r. byłem u kolegi Adama W. w Żorach przyszedł do niego jakiś chłopak, młodszy o rok lub dwa od nas i okazało się że także lubi słuchać muzyki, co było wówczas główną rozrywką młodzieży i sposobem na podkreślenie własnej indywidualności. Tenże chłopak ustalał z moim kolegą Adamem datę spotkania podczas którego ten zamierzał przegrać od niego na magnetofon posiadane przez niego nagrania zespołu Pink Floyd.
Tenże chłopak, nie wiem jak się nazywał ani nawet tego jakie miał imię, większość z tych albumów miał nagrane na taśmach z Polskiego Radia, ale część z nich miał przegrane bezpośrednio z płyt winylowych. W tamtym czasie posiadanie zachodnich płyt winylowych było wielkim luksusem i przywilejem dostępnym tylko dla nielicznych, gdyż taka płyta kosztowała najczęściej jedną pełna miesięczną pensję. Oczywiście taki chłopak jak ja ze swoimi marnymi groszami kieszonkowego, a nawet z zarobionymi przez siebie na praktyce zawodowej własnymi pieniędzmi nie miał szans na nabycie takich luksusów.
Ważne jest jednak to, że specjalnie podkreślał, że najbardziej z repertuaru Pink Floyd podoba mu się album "Wish You Were Here" (wtedy było to dla nas prawie nie do wymówienia - o napisaniu nawet nie wspomnę) i utwór "Shine On You Crazy Diamond". W jego ustach ten tytuł zabrzmiał jak słowa modlitwy, co zresztą podkreślił uniesieniem oczu w górę. Wszystko to brzmiało bardzo tajemniczo, niedostępnie i magicznie.
Z perspektywy lat widzę, że także wielu innych ludzi może o sobie powiedzieć, że są takim "diamentem" zawieszonym w materialnej pustce naszego świata, w którym liczą się jedynie pieniądze i sukces za wszelką cenę.
W załączniku tekst oryginału i jego polskie tłumaczenie dokonane przez redakcję muzyczną magazynu "Razem" z połowy lat 80. XX w.
czwartek, 7 listopada 2019
Pink Floyd – blaski i cienie – artykuł w magazynie „Razem” z 1988 r.
Obecnie książka ta jest bardzo krytykowana za wtórność itp., ale w czasie w jakim się ukazała była nie tylko jedyną monografią zespołu Pink Floyd w j. polskim, ale także pierwszą monografią jakiegokolwiek zespołu rockowego wydaną w naszym kraju. Zapoczątkowała też serię wydawniczą z monografiami różnych artystów rockowych w wydawnictwie Rock-Serwis.
środa, 23 stycznia 2019
Pink Floyd - "The Wall" i Edgar Froese - "Stuntman" recenzje w magazynie "Razem" z 1980 r.
Pink Floyd - "The Wall"
Podwójny album "The Wall" zespołu Pink Floyd jest obecnie jedną z najbardziej znanych płyt w historii muzyki popularnej. Od początku cieszył się wielkim uznaniem słuchaczy i krytyków. Jednak w chwili ukazania się, choć był dużym wydarzeniem muzycznym, to jednak był tylko jedną z wielu płyt rockowych jakie ukazały się na zachodnim rynku muzycznym. W związku z tym, że album ten ukazał się w Wielkiej Brytanii 30 XI, a w Stanach Zjednoczonych 8 XII 1979 r. początkowo jego sukces rynkowy był nieco ograniczony. Wynikało to z prostej zasady, że koniec roku, także w zachodnim świecie, przeznaczony jest na święta Bożego Narodzenia i tego rodzaju muzyka jak na "The Wall" miała ograniczony zakres odbioru. Do masowej świadomości w pełni przebił się dopiero z początkiem 1980 r.
Do komunistycznej Polski płyta ta dotarła stosunkowo szybko, dzięki operatywności i fascynacji tym zespołem wielu ówczesnych dziennikarzy muzycznych na czele z Piotrem Kaczkowskim. Po raz pierwszy zaprezentowano jej fragment w środowej audycji "Muzyczna Poczta UKF" prowadzonej przez Piotra Kaczkowskiego nadanej 19 XII 1979 r. Nadano wówczas czwartą stronę tego podwójnego albumu. Pozostałe części nadano w tej samej audycji dopiero na początku 1980 r.: 2 stycznia - I stronę, 9 stycznia - II stronę, 16 stycznia - III stronę. Dodatkowo 23 stycznia powtórzono IV stronę. W późniejszym czasie album ten był jeszcze wielokrotnie powtarzany w różnych audycjach Polskiego Radia. Szczególną popularnością cieszył się zwłaszcza wydany także na singlu utwór „Another Brick in the Wall, Part 2”, który puszczano wręcz do znudzenia.
Pamiętam jak na początku 1980 r. podczas przebierania się w szatni, Ci najbardziej "do przodu uświadomieni muzycznie" koledzy ze szkoły mówili właśnie o tym albumie. Dokładnie rzecz biorąc mówili, że jest taki angielski zespół Pink Floyd i nagrał podwójny album zatytułowany "Ściana". Pomyślałem wtedy, że taki tytuł to dziwactwo, i kto przy zdrowych zmysłach chciałby słuchać muzyki o jakiejś ścianie?
Była to raczej normalna reakcja kogoś, kto do końca 1979 r. specjalnie nie interesował się muzyką, a jak już, to Krawczykiem i inną itp. tandetą masowo lansowaną w PRL. Swoje nastawienie zmieniłem już w lutym 1980 r., kiedy Ojciec pozwolił mi kupić pierwszy radiomagnetofon na którym zacząłem nagrywać płyty. Już kilka miesięcy później nabyłem świadomości muzycznej, która ostatecznie, czy raczej na ćwierć wieku, odrzuciła we mnie wszystko co dotychczas uważałem za dobrą muzykę, np. twórczość Boney M. itp. Jednoczenie nagle stałem się fanem klasyków rocka na czele z Pink Floyd.
Na temat "The Wall" ukazało się tyle recenzji, że właściwie nie wiadomo co by tutaj nowego napisać. Generalnie tylko to, że w przeciwieństwie do poprzednich, klasycznych płyt tej grupy z lat 70., w miejsce jednego długiego i kilku krótszych utworów, pojawiło się na niej wiele krótkich czy bardzo krótkich nagrań. W sumie album na obu płytach obejmował 26 utworów, z których większość skomponował basista i samozwańczy lider grupy Roger Waters. Jedynie w czterech wypadkach ich współkompozytorem były inne osoby: w trzech gitarzysta David Gilmour, a w jednym Bob Ezrin - odpowiedzialny za orkiestrację całości. Utwory grupy nie tylko zmieniły tutaj swą formę, ale także i wyraz. Z utworów o charakterze refleksyjnym, z dużą ilością fragmentów instrumentalnych stały się kompozycjami piosenkowymi, w których tekst stał się ważniejszy od samej muzyki. Nastąpiło więc tutaj swoiste przedefiniowanie stylu grupy - w moim odczuciu na gorszy. Zmarginalizowanie innych członków grupy, a zwłaszcza Ricka Wrighta i wykastrowanie muzyki zespołu z jego partii klawiszowych pozbawiło Pink Floyd dotychczasowej symfonicznej barwy i refleksyjnego charakteru. Z albumu "The Wall" najbardziej odpowiadają mi utwory, których współkompozytorem był David Gilmour: "Young Lust", Comfortably Numb" i "Run Like Hell". Charakter tych kompozycji był nowatorski, ale jednocześnie przywoływał w melodyjnym stylu gry na gitarze Gilmoura ducha dawnego Pink Floyd.
Tę zmianę stylu grupy dostrzegali także recenzenci i słuchacze i najczęściej przyjęli ją dobrze. Ja jednak należałem do tych, którym zespół Pink Floyd od tej płyty przestał się podobać. To wcale nie znaczy, że przestałem go słuchać, bo nawet kupiłem za "ciężkie pieniądze" oryginalne wydanie tego albumu, ale nie wzbudził on we mnie, i nadal nie wzbudza, emocji porównywalnych z tymi jakie towarzyszą mi, gdy słucham suit "Atom Heart Mother", "Echoes" , czy kompozycji z "The Dark Side Of The Moon".
Edgar Froese - "Stuntman"
Z kolei wydany oryginalnie przez wytwórnię Virgin w 1979 r., a później wznowiony na CD m.in. przez wiedeńską firmę Eastgate w 2005 r. klasyczny album Edgara Froese „Stuntman" („Kaskader") jest czwartą płytą w jego solowej karierze i na pewno należy do najbardziej udanych dzieł nie tylko w solowej karierze lidera Tangerine Dream, ale także w klasycznym nurcie elektronicznego rocka. Przez wiele lat dostęp do muzyki na tym albumie był utrudniony, gdyż stare wydanie CD z 1990 r. uległo wyczerpaniu, a nowe nie ukazywało się m.in. z powodu konfliktu pomiędzy wytwórnią Virgin a Edgarem Froese o prawa autorskie. W publikowanej recenzji mamy obraz oryginalnej okładki tego albumu wydania winylowego.
Wydając ponownie ten album Froese zadbał o jakość brzemienia, ale jednocześnie nie zmienił nic w jego muzycznej strukturze i barwie, dzięki czemu albumu tego słucha się nadal z wielką przyjemnością. Zgodnie z przyjętym założeniem na solowych płytach Edgara Froese znajdowały ujście te jego pomysły muzyczne, które nie pasowały do głównego nurtu wizji artystycznej jego macierzystej formacji a więc grupy TANGERINE DREAM.
Album jako całość ma relaksujący charakter i zbudowany jest pod względem muzycznym na melodiach uzyskiwanych przez proste syntezatory i sequencery wspomagane niekiedy przez fortepian, gitarę i perkusję.
Na albumie znalazło się w sumie sześć utworów instrumentalnych. Wszystkie kompozycje są dziełem Edgara Froese, który gra tutaj na wszystkich instrumentach klawiszowych i gitarze wspomagany jedynie przez nowego ówczesnego perkusistę TANGERINE DREAM - Klausa Kriegera. Przy pierwszych przesłuchaniach zamieszczone tutaj utwory mogą się wydawać nieco nużące i podobne do siebie, ale album zyskuje na odbiorze przy kolejnych przesłuchaniach. Dopiero wówczas można w pełni zapoznać się a następnie rozkoszować się pełnią jego muzycznych barw. Są to utwory nieco mniej dynamiczne niż na niektórych płytach TD, ale za to bardziej subtelne melodycznie.
Utwór tytułowy „Stuntman" zaczyna się mocnym wejściem sequencera tworzącym rytm na którym syntezator buduje prostą i chwytliwą linię melodyczną. Najbardziej chwytliwą kompozycją na albumie, a także moją ulubioną, jest utwór trzeci „Detroit Snackbar Dreamer". W nawiązaniu do tytułu ma marzycielską atmosferę i przebojową melodykę. Subtelne liryczne brzmienie syntezatora uzyskane w tej kompozycji na długo zapada w pamięć i nie sposób o nim przestać myśleć i zachwycać się tym utworem.
Dwie najdłuższe kompozycje na albumie to: „It Would Be Like Samoa" i „Drunken Mozart In The Desert". Obie mają po ponad 10 minut długości i nawiązują do bardziej rozbudowanych kompozycji Froesego z jego poprzednich płyt solowych i albumów Tangerine Dream. Utwór „It Would Be Like Samoa" rozpoczyna się solem na syntezatorze na tle perkusyjnego rytmu sequencera. Utwór rozwija się melodycznie, a w jego środku dochodzi do tego partia gitary, która pojawia się równie szybko co zanika. Z kolei żartobliwy z tytułu „Drunken Mozart In The Desert" nawiązuje do początków muzyki na syntezatorach i odtwarza brzmienie orkiestry symfonicznej z epoki Mozarta do twórczości którego bezpośrednio nawiązuje. Wszystko to brzmi trochę jak szalona orkiestra, ale ta stylizacja jest raczej udanym pastiszem niż groteskową parodią kompozycji wielkiego klasyka. Obie kompozycje dzięki swej niebanalnej melodyce i strukturze należą do ciekawszych na płycie i w solowej karierze Froesego.
W utworze o żartobliwym tytule „A Daliesque Sleep Fuse" (tytuł jest kalamburem) Froese nawiązał do twórczości wybitnego wizjonera i malarza XX w. Salwadora Dali, z którym zetknął się w młodości. Osią kompozycji jest wzajemne przenikanie się partii sequencera i syntezatora z gitarą na stałym podkładzie rytmicznym.
Kończący album utwór „Scarlet Score For Mescalero" zbudowany został na nieco przyciężkawym, ale przede wszystkim zbyt monotonnym motywie, stąd jest to chyba najmniej interesująca pozycja na płycie.
Na całej płycie słychać echa twórczości Tangerine Dream, ale nie są to proste cytaty, a subtelne przetworzenia tego, do czego przyzwyczaiła nas macierzysta formacja Edgara Froese.
Po raz pierwszy zetknąłem się z tym albumem w 1980 r. przy okazji recenzji Karola Majewskiego w tygodniku „Razem”. Album został dwukrotnie zaprezentowany w Polskim Radio: w audycji „Zapraszamy do Trójki" 3 i 10 V 1983 r. oraz w audycji „Głosy, instrumenty, nastroje" 25 X 1982 r. Ponadto w audycji J. Kordowicza „Studio Nagrań” w dniu 27 III 1985 r. nadano pochodzący z tego albumu utwór „Detroit Snack Bar Dreamer".
Przez długie lata była to jedna z tych płyt jakie koniecznie chciałem sobie kupić i jej ponownie posłuchać. Moje marzenie spełniło się dopiero w 2007, kiedy album ten nabyłem w internetowym sklepie „Rock-Serwis" w Krakowie. Niestety, w najnowszym remasterowanym wydaniu tej poszukiwanej płyty zmieniono okładkę.
sobota, 27 października 2018
Muzykalia '79 - artykuł w czasopiśmie "Razem" z XII 1979 r.
Co to były „Muzykalia ‘79”?
„Muzykalia” to była rubryka w tygodniku „Razem” istniejąca w latach 70. XX w. poświęcona muzyce popularnej. Przygotowywało ją wielu autorów, jednym z nich był znany w tamtych czasach dziennikarz muzyczny Karol Majewski (dzisiaj głównie znany z produkcji wybornych nalewek). Wzorem świata zachodniego rubrykę „Muzykalia” poświęcano w końcu roku na tworzenie różnego rodzaju zestawień dotyczących muzyki popularnej.
W związku z tym, że w Polsce tego okresu nie było innych kolorowych gazet poświęconych muzyce, w rubryce tej przedstawiono nie tylko wykonawców rockowych, ale także innych przedstawicieli muzyki popularnej: uwielbianego w tym czasie disco, ale także raggae, punku, muzyki elektronicznej i jazzu – ten ostatni gatunek był szczególnie bliski Karolowi Majewskiemu.
Porównując przygotowane przez niego zestawienie, w dużej części uwzględniające różnego rodzaju ankiety i sugestie ze strony czytelników tygodnika „Razem”, możemy zauważyć pewną anachroniczność ówczesnych polskich gustów z tym co preferowane było w krajach Zachodu.
W muzyce rockowej widzimy tutaj dużą reprezentację progresywnego rocka, który w tym czasie uważany był przez media głównego nurtu na Zachodzie za muzykę niepożądaną z powodu jej pompatyczności i oderwania od realiów młodego pokolenia. Jednak media w PRL widziały w punk rocku i new wave wszystko, oprócz muzyki i nie traktowały jej w tym czasie poważnie. W artykułach i relacjach podkreślano, że wyrosły one z kryzysu świata kapitalistycznego i są bardziej ruchem socjologicznym niż muzyką godną uwagi.
Co opisywano w "Muzykalia '79"
Od tego zapatrywania nie odstawała także redakcja muzyczna „Razem”, stąd w „Muzykaliach ‘79” dość dużo miejsca poświęcono na opis albumów reprezentujących styl progresywnego rocka jakie ukazały się w 1979 r. Należały do niech: „Wet Dream” Richarda Wrighta, „Danger Money” (bez publikacji okładki), „Live. Night After Night” grupy UK oraz “I Can See Your House from Here” zespołu Camel.
Do tego nurtu przynależały także opisywane tutaj dwa albumy solowe członków zespołu Genesis: „Acourious Feeling” klawiszowa tej grupy Tony Banksa, chyba najbardziej udana płyta w jego solowej karierze, a także „Spectral Mornings” gitarzysty Steve’a Hacketta.
Inne płyty z tego nurtu których okładki reprodukowano ale bez opisu to m.in.: „Incantations” Mike’a Oldfielda, podwójny koncertowy album „Live Herald” Streve’a Hillage’a (przez długie lata nie mogłem zidentyfikować tej okładki), „Monolith” zespołu Kansas, „Angels Station” grupy Manfred Mann’s Earth Band i „Pieces of Eight” zespołu Styx.
Jako ciekawostkę warto podać, że w opisie znalazł się też podwójny koncertowy, faktycznie bardzo dobry, album grupy Kansas pt. „Two For The Show”, ale zabrakło reprodukcji okładki jego płyty.
Nie zabrakło też płyt klasyków hard rocka lat 70. reprezentowanych m.in. przez grupy: Led Zeppelin – „In Through the Out Door” i UFO – „Strangers in the Night”. Pierwsza z nich była zarazem ostatnią płytą Led Zeppelin, przeważnie dość źle ocenianą z powodu zmiękczenia brzmienia, a druga była zestawem nagrań koncertowych podsumowujących najbardziej twórczy okres w historii UFO i słusznie uważana jest za jedną z najlepszych płyt koncertowych w historii rocka w ogóle. Znalazła się tutaj także reprodukcja okładki nie najlepszej płyty „Mirrors” zapomnianej już obecnie grupy Blue Öyster Cult (a bardzo przeze mnie cenionej).
Klasykę rocka reprezentowały w tym zestawieniu m.in. albumy „Jazz” grupy Queen (co było nieco dziwne, bo płyta ukazała się w 1978 r.), „Slow Train Doming” Boba Dylana i „Recent Sons” Leonarda Cohena. W przypadku każdego z tych wykonawców były to płyty będące pewnym przełomem, albo go zaczynające było tak o Dylana i Cohena.
W wypadku zespołu Queen nastąpiło tutaj pożegnanie z jego bardziej hard rockowym stylem lat 70. Na następnej płycie, „The Game” z 1980 r., po raz pierwszy wprowadził on do brzmienia syntezatory zmieniając swą muzykę na bardziej plastikową i komercyjną, co umożliwiło mu stanie się w latach 80. gwiazdę muzyki pop-rockowej.
Do tej grupy należy zaliczyć także album Roda Stewarta „Blondes Have More Fun” z 1978 r., którego okładka także zasłużyła na reprodukcję, ale bez komentarza.
Nowe brzmienia reprezentowały następujący wykonawcy: Patti Smith – „Wave”, „The Raven” – The Stranglers, Dire Straits – „Communiqué”, The Knack – „Get The Knack” – ten ostatni nawet obecnie jest w Polsce dość słabo znany. W tekście znalazła się jeszcze wzmianka o albumie „Reggatta de Blanc” zespołu The Police, ale bez publikacji jego okładki. Biorąc pod uwagę mnogość i znaczenie wydanych wówczas na Zachodzie płyt z nowymi stylami muzyki, np. new wave, czy post-punk i innych staje się oczywiste, że ówcześni dziennikarze muzyczni w Polsce nie mieli zbyt wielkiego pojęcia wielkich zmianach jakie dokonały się muzyce rockowej w USA i Wielkiej Brytanii w końcu lat 70. Oczywiście głównym powodem tego była izolacja Polski i brak funduszy na zakup najnowszych płyt i wydawnictw na temat muzyki popularnej przez dziennikarzy muzycznych w kraju.
Klasyczną muzykę elektroniczną reprezentowały w tym zestawieniu: Isao Tomita – „The Bermuda Triangle” (płyta ta praktycznie do dzisiaj jest bardzo ciężko dostępna na CD – istnieje tylko japońskie wydanie, bardzo rzadkie i dość drogie), Tangerine Dream – „Force Majeure” (ostatnia w całości dobra płyta studyjna tej grupy), Jean Michell Jarre – „Equinoxe” (znowu – nie wiedzieć czemu umieszczono tutaj płytę z 1978 r.), Vangelis – „China” (niby wizja Chin, a faktycznie prorocza wizja świata zdominowanego przez Kraj Środka). Udostępniono tutaj aż dwie płyty Klausa Schulze – „Diuna” i „X” przy czym ta druga została wydana rok wcześniej więc nie powinna była się znaleźć w tym zestawieniu. Podwójny album „X” jest uważany przez znawców za najlepsza płytę studyjną w karierze tego niemieckiego muzyka, ale także jedną z najlepszych w historii całego elektronicznego rocka ze szkoły berlińskiej. Całkowicie zgadzam się z tą opinia, a muzyczne wizerunki wybranych przez Schulzego postaci historycznych robią piorunujące wrażenie, kto choć raz ich posłuchał.
Spośród innych wydawnictw wydanych w tymże roku opisano także następujące albumy: „Discovery” – Electric Light Orchestra (wzmianka bez entuzjazmu z powodu koneksji stylu tej płyty z muzyką disco), „Brekfast In America” – Supertramp, „The Long Run” – The Eagles. Ze swej strony dodam, że nagranie „Don’t Bring Me Now” grupy ELO z albumu „Discovery” także w Polsce było wówczas wielkim przebojem, a wszyscy moi koledzy, dysponujący nowoczesnymi w tamtym czasie przenośnymi magnetofonami, mieli je obowiązkowo w swym repertuarze, w celu podrywania panienek.
Spośród płyt przynależnych do stylu szeroko rozumianego pop (w tym skomercjalizowanego soul), a wówczas praktycznie do muzyki disco Autor wyróżnił następujące płyty: „Voluze-Vous” – ABBA, „I’m” – Earth Wind & Fire, „Off The Wall” – Michael Jackson, „Spiritus Heaven Flown” – Bee Gees, „Oceans Of Fantasy” – Boney M. (jedyna reprodukcja okładki z tego stylu). Bony M. było w Polsce tego czasu muzycznym bożyszczem, stąd nie przypadkowo zespół ten zaproszono na festiwal w Sopocie.
Spośród płyt jazzowych, najbliższych autorowi, wskazano tutaj na następujące płyty: klasyka big bankowego jazzu Gila Evansa – „At The rogal Festiwal Hall London 1978”, awangardowego saksofonisty Antony Braxtona – „Braxton”, skrzypka jazzowego Leroy Jenkinsa – „Space Minds, New Worlds, Survival of America” oraz saksofonisty Sam Riversa – „Waves”. Okładki wszystkich trzech płyt zostały tutaj zreprodukowane.
Ponadto zreprodukowano tutaj dodatkowo bez opisów okładki dwóch płyt zespołu Oregon - „Violin” i „Out Of The Woods”, album “Lenox Avenue Breakdown” saksofonisty Arthura Blytha, a także albumy jazzowe wydane wcześniej: “Columbia & Jazz Fusion” (1978 r.) Charlesa Minusa, „For Trio” (1978) Anthony Braxtona oraz okładkę albumu „Nonach: z 1976 r. amerykańskiego kompozytora jazzowego i saksofonisty Roscoe Mitchella na co dzień członka grupy Art Ensemble of Chicago, a także okładkę płyty „Point Of No Return” z 1977 r. amerykańskiego zespołu jazzowego World Saxophone Quartet. Na osobną wzmiankę zasługuje też reprodukcja okładki jazz-rockowego zespołu Passport i płyty „Garden Of Eden” znanego obecnie tylko największym fanatykom stylu fusion.
Listę wykonawców jazzowych zamykają reprodukcje następujących okładek: „Irakere” (1979 r.) kubańskiej grupy Irakere, a także podwójnego albumu „Childeren Of Sanches” (1978) bardzo popularnego wówczas na świecie trębacza Chucka Mangione.
Na uwagę zasłużyły też dwa albumy w stylu reggae: Bob Marley – „Survival”, Linton Kwesi Johnson – „Force Of Victory” (jednak bez reprodukcji okładek). Natomiast bez komentarza zreprodukowano za to okładkę podwójnego albumu koncertowego „Babylon By Bus” grupy Bob Marley & The Wailers wydanego w 1978 r.
Wśród płyt bluesowych wyróżniono: niezbyt udany „Take It Home” (1979) BB. Kinga, a także dwa koncertowe albumy: „Muddy "Mississippi" Waters – Live” (1979) Muddy Watersa oraz Johna Lee Hookera „The Cream” z 1978 r. Do grupy wykonawców bluesowych Autor zaliczył tutaj grający jazz-funk zespół The Crusaders i album „Street Life” (1979). Żadna z tych płyt nie miała reprodukowanej okładki, wówczas i obecnie są raczej rzadkie i trudno dostępne. W tamtym czasie, czyli pod koniec lat 70. trudność potęgował też fakt, że blues był w dekadzie lat 70. w odwrocie i wydawało się że umrze śmiercią naturalną – tak jak to często prorokowano niejednokrotnie muzyce rockowej.
Zakończenie
Trudno się dziwić Karolowi Majewskiemu i redakcji „Razem”, że wiele z omówionych tutaj płyt pozbawiono kolorowych reprodukcji okładek. W owych mrocznych czasach PRL każda z tych płyt kosztowała co najmniej połowę miesięcznej pensji przeciętnie zarabiającego Polaka i praktycznie była dla niego nieosiągalna finansowo. Płyty te były trudne do dostania także fizycznie, bo trzeba je było sprowadzić prywatnym importem z zagranicy, a to nie było łatwe. Okładki tych płyt, które w celach reprodukcji z pewnością z wielkim trudem zdobyto, tym większe uznanie dla autora i redakcji.
Aby jednak obraz opisu ówczesnego rynku muzycznego był bardziej pełny, zwłaszcza w zakresie muzyki rockowej, poniżej przytoczę kilka zestawień płyt uznanych za najlepsze w 1979 r. przez anglosaskich dziennikarzy. Jedne pochodzą z epoki, inne zestawiono współcześnie. Już na pierwszy rzut oka widać jak bardzo różnią się te zestawienia z tym co omawiano i reprodukowano w tygodniku „Razem”.
W zasadzie większość tego co jest dzisiaj powszechnie uznane za największe osiągnięcia rocka 1979 r. nie została uwzględniona w „Muzykaliach ‘79”. Musimy być jednak wyrozumiali dla naszego tygodnika, bo też mało Kto umie przewidzieć bieg muzyki i docenić znaczenie młodych wykonawców dla rozwoju muzyki popularnej, zanim sami staną się jej legendami.
Według dziennikarzy brytyjskiego pisma “New Musical Express” najlepszymi płytami roku 1979 (Albums Of The Year And End Of Year Critic Lists) były (pierwsze 10 płyt):
1. Fear Of Music - Talking Heads
2. Metal Box - Public Image Ltd.
3. Unknown Pleasures - Joy Division
4. Setting Sons - The Jam
5. Entertainment - Gang Of Four
6. Armed Forces - Elvis Costello
7. Do It Yourself - Ian Dury
8. London Calling - The Clash
9. Squeezing Out The Sparks - Graham Parker
10. The Specials - The Specials
Albumami nr 1 danego miesiąca na liście amerykańskiego pisma branżowego “Billboard” w 1979 r. było 10 następujących albumów (w kolejności miesięcy i ukazania się płyt):
1. Barbara Streisand - Barbra Streisand's Greatest Hits Vol. 2
2. Billy Joel - 52nd Street
3. Blues Brothers - Briefcase Full of Blues
4. Rod Stewart - Blondes Have More Fun
5. Bee Gees - Spirits Having Flown
6. Doobie Brothers - Minute by Minute
7. Donna Summer – Bad Girls
8. Supertramp - Breakfast in America
9. Donna Summer - Bad Girls
10. The Knack - Get the Knack
Według użytkowników portalu rateyourmusic.com 10 najlepszymi płytami roku 1979 były (wybrano głównie muzykę pop i rock):
1. Joy Division - Unknown Pleasures
2. The Clash - London Calling
3. Pink Floyd - The Wall
4. Neil Young & Crazy Horse - Rust Never Sleeps
5. Talking Heads - Fear of Music
6. Gang of Four - Entertainment!
7. Neil Young & Crazy Horse - Live Rust
8. Judas Priest - Unleashed in the East: Live in Japan
9. Unleashed in the East: Live in Japan
10. The Ramones - It's Alive


