Ten wycinek muzyczny zaprezentowałem już w 2019 r., ale w wersji rozczłonkowanej i bez dokładnej daty publikacji. Teraz przedstawiam go tak jak się ukazał w magazynie "Razem" z podaniem dokładnej daty i numeru tego pisma.
Celem tego bloga jest udostępnienie plakatów i rzadkich artykułów drukowanych niegdyś w prasie nie muzycznej PRL
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Razem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Razem. Pokaż wszystkie posty
sobota, 3 października 2026
czwartek, 4 czerwca 2026
sobota, 21 lutego 2026
środa, 13 sierpnia 2025
U2- plakat i historia zespołu w magazynie "Razem" nr 7 z II 1986 r.
Jednym z wykonawców z jakimi kojarzą się lata 80. XX w. jest irlandzki zespół U2. Jego muzyka oscylująca na pograniczu post punku, alternatywnego rocka i popu cieszyła się wówczas dużym uznaniem fanów zniesmaczonych plastikową sieczką głównego nurtu ówczesnej muzyki popularnej.
Zespół ten powstał w stolicy Irlandii Dublinie już w 1976 r., ale debiutancki album pt,. „Boy” wydał dopiero w 1980 r. Oprócz niego we wspomnianej dekadzie grupa wydała jeszcze cztery albumy studyjne, z których szczególną popularnością i uznaniem cieszyły się zwłaszcza trzy z nich: „War” (1983), „The Unforgettable Fire” (1984) i „The Joshua Tree” (1987). To głównie przez ten ostatni z nich grupa ta stała się międzynarodową mega gwiazdą muzyki rockowej.
W latach 80. grupa U2 stała się popularna także w krajach Bloku Wschodniego, w tym także w komunistycznej Polsce. Działo się tak pomimo tego, że nie sprzedawała tutaj płyt, ani nie jeździła na koncerty, a cała jej twórczość była znana krajowym fanom jedynie z prezentacji radiowych (jej płyty winylowe w Polsce posiadały wówczas jedynie nieliczni szczęśliwcy).
Ani wówczas, ani obecnie nie należałem do jakichś szczególnie wielkich fanów tego zespołu. Szczerze mówiąc zawsze się dziwiłem, czemu jego muzyka jest tka popularna? Moim zdaniem jest to zwykła muzyka rockowa na dobrym poziomie, ale niezbyt oryginalna i porywająca. Taka dla mnie jest np. muzyka Zappy, The Grateful Dead, czy The Allman Brothers Band. Jednak wielu ludzi na całym świcie sądziło inaczej, stąd masowo kupowało jej albumy i chodziło na jej koncerty dzięki czemu członkowie tego zespołu szybko stali się milionerami.
Także polscy fani byli spragnieni nie tylko muzyki zespołu U2, ale także wszelkich gadżetów z nim związanych, np. plakatów. Wychodząc naprzeciw temu zapotrzebowaniu redakcja muzyczna magazynu „Razem” wydała w 1986 r. taki plakat wraz z krótkim ale rzeczowym opisem historii tego zespołu przygotowanym przez Jacka Daleckiego.
niedziela, 2 czerwca 2024
Jimi Hendrix - plakat i opis w magazynie "Razem" z 1980 r. (lub 1981 r.?)
Jimi Hendrix (27 XI 1942 - 18 IX 1970) uważany jest powszechnie za najwybitniejszego gitarzystę w dziejach muzyki rockowej, wręcz utożsamianego z tym gatunkiem muzyki. W jednym z wywiadów pewien inny wybitny gitarzysta wspomniał, że gdy był młody intensywnie uczył się gry na gitarze. Był bardzo zadowolony z efektów do czasu aż usłyszał Hendrixa.
Był w szoku, bo choć tamten nie znał nut i nie poznał wymyślnych technik gry na gitarze, to w jego ręku ten instrument zyskiwał nadludzkie moce, zwłaszcza gdy w jednym z nagrań osiągnął efekt podwodnego brzmienia gitary.
W szoku byli też muzycy, którzy z nim współpracowali, a zwłaszcza dwaj pozostali członkowie Jimi Hendrix Experience: Mitch Mitchell i Noel Redding. Zachowania nagrania na wideo, a także wspomnienia dowodzą, że obaj ci muzycy, choć byli bardzo dobrzy w swej klasie, ledwo nadążali za rozpędzoną gitarową kanonadą Hendrixa. Ale też nie było takiego muzyka, który mógł wówczas i obecnie Hendrixowi dorównać.
Podobnie do Erica Claptona, Hendrix nie miał łatwego dzieciństwa, choćby z powodu biedy i porzucenia przez małoletnią matkę. Jego rodzice rozwiedli się, gdy Hendrix miał dziewięć lat. Jego wychowaniem zajmowały się obie babcie, a także siostra matki. Był afroamerykaninem, ale w jego żyłach płynęła też krew irlandzka i indiańska (z plemienia Czirokezów).
W tolerancyjnych Stanach lat 50. i 60. nie było z tym problemu, bo była prawnie zalegalizowana segregacja rasowa i nie trzeba się było martwić tym, że czarny, czy inny mieszaniec, wejdzie do pomieszczeń zarezerwowanej dla białych - wiadomo było że psów i czarnych się nie wpuszcza.
Podobnie do wielu innych czarnych w tamtym czasie, Hendrix szybko popadł w konflikt z prawem, za usiłowanie kradzieży samochodu. Dano mu jednak wybór: więzienie, albo służba wojskowa, wybrał to drugie. Rozpoczął ją w 1961 r. ale już w lipcu 1962 r. został zwolniony z wojska po urazie kręgosłupa jakiego doznał podczas skoku spadochronowego. O tych jego służby wojskowej dowiedziałem się dopiero po latach.
Gdy w młodości czytałem dostępne mi jego życiorysy nie mogłem zrozumieć jak ktoś taki jak Hendrix, grający hymny antywojenne, sam zgłosił się do wojska, którego szczerze zawsze nienawidziłem (zwłaszcza mając na uwadze realia służby w wojsku Polski Ludowej).
Po wyjściu z wojska razem z poznanym tam przyjacielem Billy Coxem założył swój pierwszy zespół, ale nie przynosił on spodziewanych dochodów, więc Hendrix z konieczności został nisko opłacanym muzykiem sesyjnym. Jak więc widać jego wczesna kariera daleka była od ideału i "amerykańskiego snu" i nie wróżyła mu wielkich sukcesów.
Jego prawdziwa kariera rozpoczęła się z chwilą, gdy na początku 1966 r. Hendrixem zainteresował się Chas Chandler. W tym czasie ten basista zespołu The Animals był już głównie producentem i poszukiwał nowych talentów. Szansę na swój sukces dostrzegł w wypromowaniu nieziemsko zdolnego czarnego amerykańskiego gitarzysty.
We wrześniu 1966 r. Hendrix przybył do Londynu. Jednocześnie odbywały się przesłuchania muzyków do jego zespołu. Wybrano do niego ostatecznie gitarzystę Noela Reddinga, który miał odtąd grać na basie i perkusistę Mitcha Mitchella. W ten sposób narodził się zespół The Jimi Hendrix Experience istniejący od IX 1966 r. do VI 1969 r.
Jednak oczekiwania Hendrixa i Chandlera co do nowego zespołu były inne. Hendrix myślał raczej o wieloosobowym składzie z instrumentami klawiszowymi i dętymi, a Chandlerowi chodziło o typowy rockowy skład, najlepiej trio wzorowane na The Cream. Nie przypadkiem więc podczas koncertu tego ostatniego zespołu w Londynie w dniu 1 X 1966 r., a za zgodą jego członków, Hendrix wszedł na scenę i odegrał z nim swą wersję utworu "Killin' Floor" Howlina Wolfa.
Eric Clapton i jego kompani byli podwójnie zszokowani, po pierwsze, bo znalazł się ktoś, kto nie bał się stanąć w szranki z członkami The Cream uważanymi wówczas za najlepszych instrumentalistów w Wielkiej Brytanii, po drugie, że ów gość, czyli Hendrix okazał się być tak dobry, że wszystkim dosłownie opadła szczęka.
Zespół The Jimi Hendrix Experience wydał za swego istnienia tylko trzy płyty studyjne: "Are You Experienced" (V 1967), "Axis: Bold as Love" (XII 1967) i podwójny "Electric Ladyland" (25 X 1968) oraz składankę "Smash Hits" (IV 1968). Przy tej okazji trzeba zwrócić uwagę na fakt, że debiutancki album grupy w wydaniu brytyjskim i amerykańskim różnił się nie tylko okładką, ale także układem i doborem utworów.
Za życia Hendrix wydano jeszcze tylko jedną płytę studyjną z jego udziałem, album "Band of Gypsys" (VI 1970) z zespołem o tej samej nazwie, a także nagrania umieszczone na składankowych albumach dokumentujących jego udział w koncertach na festiwalu w Woodstock (Woodstock: Music from the Original Soundtrack and More, wyd. V 1970) i w Monterey (Historic Performances Recorded at the Monterey International Pop Festival, wyd. VIII 1970).
Pomimo krótkiego życia i jeszcze krótszego okresu aktywności twórczej, Hendrix pozostawił po sobie ogromną ilość nagrań, które zostały następnie wydane po jego śmierci. Liczy się je jako osobną dyskografię tzw. pośmiertną. Niektóre z tych nagrań to inne wersje jego znanych utworów, ale zdarzają się też utwory nieznane. Wśród nich przeważają jednak różnego rodzaju improwizacje zarejestrowane podczas licznych koncertów Hendrixa. Niektóre z tych płyt uważa się nie tylko za bardzo dobre, ale wręcz wybitne.
Po latach, na płytach kompaktowych, wydano też pełne wersje jego koncertów z Woodstock ("Live at Woodstock", wyd. VI 1999) i Monterey ("Jimi Plays Monterey", wyd. II 1986), a także innych np. z występów w Hendrixa w Royal Albert Hall w Londynie (24 II 1969) i San Diego Sports Arena (24 V 1969) opublikowanych na albumie "Hendrix In The West" (I 1972).
Wśród albumów wydanych po śmierci Hendrixa za najwartościowsze uważam: "The Cry of Love" (III 1971) lub jego poszerzoną wersję pt.: " First Rays of the New Rising Sun" (IV 1997), "Rainbow Bridge" X 1971), "Nine to the Universe" (III 1980), podwojny " The Jimi Hendrix Concerts" (VIII 1982), "Blues" IV 1994).
Często się mówi, że w jakimś kraju nie doceniają człowieka i dopiero gdy docenią go obcy, to w swoim kraju jest on także doceniony. Jimi Hendrix jest doskonałym przykładem takiej osoby. Szokujące jest tylko to, że nie doceniono go w tym wzorcowym inkubatorze kapitalizmu i wszelkich talentów za jakie chcą uchodzić Stany Zjednoczone.
Obecnie wszyscy członkowie zespołu Jimi Hendrix Experience już nie żyją: Jimi Hendrix zmarł przedwcześnie w wieku 27 lat udusiwszy się własnymi wymiocinami w dniu 27 XI 1970 r., Noel Redding zmarł 11 V 2003 r. , a Mitch Mitchell 12 XI 2008 r. Życie tych muzyków zgasło, ale muzyka jaką stworzyli wciąż świeci jasnym blaskiem i - jak przypuszczam - długo jeszcze jej płomień nie wygaśnie.
Marzeniem każdego nastolatka interesującego się muzyką z mojego pokolenia było posiadanie nagrań i plakatu Jimi Hendrixa. Opublikowany w tygodniku "Razem" w 1980 r. lub w 1981 r. plakat i opis tego muzyka był więc spełnieniem marzeń fanatyków takich jak ja. Przypuszczam, że przygotowano go najpewniej z okazji 10 rocznicy śmierci artysty w 1980 r.
Plakat po obu stronach był czarno-biały. Na jego stronie A była sylwetka Hendrixa wchodzącego po drewnianych schodach od strony zaplecza na scenę, a także 12 tytułów jego najsłynniejszych utworów z początkowymi partiami tekstu i zapisu nutowego. Na stronie B przedstawiono krótki życiorys muzyka autorstwa Karola Majewskiego, co uzupełniała publikacja okładek i spisów treści wszystkich jego ważniejszych płyt wydanych do tego czasu za życia i po jego śmierci.
Znaczną cześć opisu poświęcono na przedstawienie korzeni kulturalno-muzycznych z jakich wyrosła muzyka Hendrixa, a więc ruchu i muzyki hipisowskiej końca lat 60. Tę część opisu znacznie uatrakcyjniały fragmenty dzieł Allena Ginsberga i Arthura Rimbauda. Całości dopełniała bardzo ciekawa relacja-wspomnienie Cezarego Gumińskiego z jego pobytu na koncercie Hendrixa w KB Hallen w Kopenhadze w 1970 r.
Pamiętam, że gdy czytałem tę relację, to zastanawiałem się nad tym, jakim cudem Ktoś z państwa socjalistycznego, z którego praktycznie nie można było wyjechać, i w którym ludzie żyli w większości w biedzie, mógł i było go stać, na wyjazd za granicę i pójście na koncert gwiazdy muzyki, co wówczas i obecnie raczej nie było tanie. Jeszcze wówczas nie znałem dzieła Orwella i bajki o zwierzętach równych i równiejszych.
czwartek, 4 kwietnia 2024
Genesis i King Crimson - biografie zespołów z magazynu "Razem" z 1982 i 1983 r.
Genesis i King Crimson to giganci progresywnego rocka (ten pierwszy także pop rocka), a dzieje tych zespołów są obecnie powszechnie znane przede wszystkim za sprawą licznych monografii książkowych jakie ukazały się jeszcze w okresie przedinternetowym.
Jednak w okresie PRL losy i dorobek tych zespołów był w Polsce wciąż mało znany. Stąd oczywiście ich monografie ukazały się w ramach rubryki muzycznej magazynu "Razem" i serii "Rock lat 70-tych". Oba teksty o bardzo zwięzłym encyklopedycznym charakterze przygotował Krzysztof Domaszczyński.
Wcześniej o zespole Genesis w PRL pisał m.in. K. Piekutowski, który przygotował artykuł o jego losach opublikowany na łamach miesięcznika "Jazz. Rytm i Piosenka" nr 7-8 z 1976 r. Miało to miejsce przy okazji wydania nowego wówczas albumu "A Trick Of The Tail", i jako to nazywano, "wyjścia z cienia" tej grupy po odejściu Petera Gabriela. Bardziej pełny i rzeczowy charakter miało opracowanie o tej grupie Wiesława Weissa opublikowane w nr 2 miesięcznika "Jazz. Magazyn Muzyczny" w 1981 r.
Z kolei o zespole King Crimson pierwszy tekst w j. polskim przygotował Grzegorz Boguta pt.: "W zamku rumianego króla" opublikowany na łamach "Jazz. Rytm i Piosenka" w nr 7-8 z 1970 r. Nawiązywał on bezpośrednio do wielkiego sukcesu debiutanckiego albumu tej grupy. Jednak jak widać problemem było już samo przetłumaczenie tytułu tego albumu.
W jednym z wydań magazynu "Razem" z 1980 r. (lub 1979 r.) przygotowano i opublikowano niewielki popularny opis dziejów tej grupy. Pamiętam go dobrze, bo otrzymałem go w prezencie od kolegi Eugeniusza K, ale niestety ten wycinek gdzieś mi się już dawno temu zawieruszył.
Pierwszą w pełni rzeczową monografię tego zespołu opracował Wiesław Weiss i opublikował w magazynie "Jazz. Magazyn Muzyczny" nr 5 z 1981 r. Szczególną wartość analityczną i poznawczą posiada dwuczęściowa monografia zespołu przygotowana przez Andrzeja Dorobka opublikowana w dwóch numerach "Magazynu Muzycznego" nr 1 i 3 w 1987 r.
Już w okresie po upadku PRL szczególne znaczenie mają aż trzy tzw. wkładki o King Crimson. Pierwsze dwie przygotowała redakcja magazynu "Tylko Rock" i opublikowano je w nr. 11 z 1992 r. i 12 z 1997 r. Natomiast trzecią przygotowała redakcja miesięcznika "Teraz Rock", będącego mutacją tego ostatniego, i opublikowała w nr 8 tego pisma z 2005 r.?
Jednak w okresie PRL losy i dorobek tych zespołów był w Polsce wciąż mało znany. Stąd oczywiście ich monografie ukazały się w ramach rubryki muzycznej magazynu "Razem" i serii "Rock lat 70-tych". Oba teksty o bardzo zwięzłym encyklopedycznym charakterze przygotował Krzysztof Domaszczyński.
Wcześniej o zespole Genesis w PRL pisał m.in. K. Piekutowski, który przygotował artykuł o jego losach opublikowany na łamach miesięcznika "Jazz. Rytm i Piosenka" nr 7-8 z 1976 r. Miało to miejsce przy okazji wydania nowego wówczas albumu "A Trick Of The Tail", i jako to nazywano, "wyjścia z cienia" tej grupy po odejściu Petera Gabriela. Bardziej pełny i rzeczowy charakter miało opracowanie o tej grupie Wiesława Weissa opublikowane w nr 2 miesięcznika "Jazz. Magazyn Muzyczny" w 1981 r.
Z kolei o zespole King Crimson pierwszy tekst w j. polskim przygotował Grzegorz Boguta pt.: "W zamku rumianego króla" opublikowany na łamach "Jazz. Rytm i Piosenka" w nr 7-8 z 1970 r. Nawiązywał on bezpośrednio do wielkiego sukcesu debiutanckiego albumu tej grupy. Jednak jak widać problemem było już samo przetłumaczenie tytułu tego albumu.
W jednym z wydań magazynu "Razem" z 1980 r. (lub 1979 r.) przygotowano i opublikowano niewielki popularny opis dziejów tej grupy. Pamiętam go dobrze, bo otrzymałem go w prezencie od kolegi Eugeniusza K, ale niestety ten wycinek gdzieś mi się już dawno temu zawieruszył.
Pierwszą w pełni rzeczową monografię tego zespołu opracował Wiesław Weiss i opublikował w magazynie "Jazz. Magazyn Muzyczny" nr 5 z 1981 r. Szczególną wartość analityczną i poznawczą posiada dwuczęściowa monografia zespołu przygotowana przez Andrzeja Dorobka opublikowana w dwóch numerach "Magazynu Muzycznego" nr 1 i 3 w 1987 r.
Już w okresie po upadku PRL szczególne znaczenie mają aż trzy tzw. wkładki o King Crimson. Pierwsze dwie przygotowała redakcja magazynu "Tylko Rock" i opublikowano je w nr. 11 z 1992 r. i 12 z 1997 r. Natomiast trzecią przygotowała redakcja miesięcznika "Teraz Rock", będącego mutacją tego ostatniego, i opublikowała w nr 8 tego pisma z 2005 r.?
sobota, 6 stycznia 2024
Phil Lynott, plakat lidera zespołu Thin Lizzy w magazynie "Razem" z 1983 r.
Czwartego stycznia bieżącego roku minęła 39 rocznica przedwczesnej śmierci Pila Lynotta, gitarzysty basowego, kompozytora i lidera irlandzkiego zespołu rockowego Thin Lizzy (Chuda Lizzy). Podobnie jak wielu innych muzyków, prowadzących zbyt rock and rollowy tryb życia, Phil Lynott zmarł przedwcześnie z powodu niewydolności serca wywołanego nadużywaniem narkotyków.
W chwili jego śmierci grupa Thin Lizzy nie istniała już od 3 lat i od tylu lat nie nagrywała nowych płyt. Było to spowodowane dwoma przyczynami: znudzeniem się Lynotta muzyczną formułą własnej grupy i skoncentrowaniem się przez niego na karierze solowej. Jednak na krótko przed śmiercią Lynott planował wskrzeszenie zespołu i nagranie z nim nowej płyty. Plany te przerwała nagła śmierć muzyka.
Z okazji kolejnych rocznic śmierci Phila Lynotta w prasie światowej, w tym także polskiej, ukazały się okolicznościowe artykuły podkreślające wielki talent tego muzyka i jego dokonania artystyczne. Obecnie większość albumów zespołu Thin Lizzy, a także jego solowe płyty uważane są za klasykę rocka, co więcej w 2005 r. w Dublinie odsłonięto nawet pomnik muzyka. Wszystko to jest dowodem wielkiego uznania dla jego talentu i dokonań.
Portal allmusic.com bardzo dobrze ocenia większość jego płyt a zwłaszcza płyty studyjne Thin Lizzy nagrane pomiędzy 1974 a 1979 rokiem, a szczególnie płytę "Jailbreak" z 1976 r. Jednak za najlepsze dokonanie w karierze zespołu uważa się podwójny koncertowy album "Live and Dangerous" z 1978 r. - przy okazji jest to także jedna z najlepszych płyt koncertowych w historii rocka.
Jednak w epoce, czyli w latach 70. XX w., kiedy zespół Thin Lizzy działał uważano go, podobnie jak inne pobratymcze mu grupy z Wielkiej Brytanii, np. UFO, za typową grupę "drugiego planu", a więc działającą w cieniu czołówki ówczesnego rocka, czyli zespołów Led Zeppelin, Black Sabbath i Deep Purple. Taka opinia o Thin Lizzy istnaial także w Polsce okresu PRL.
Pamiętam bardzo dobrze jak przy okazji prezentacji jego albumu "Chinatown" (mojego ulubionego) z 1980 r. w Polskim Radio, znany prezenter radiowy Jerzy Janiszewski powiedział, że wszystkie płyty tego zespołu utrzymane są na jednakowym średnim poziomie i brzmią podobnie, stąd w zasadzie trudno je nawet rozróżnić. Trudno by było nie zgodzić się z tą tezą także obecnie, choć oczywiście niektóre z tych klasycznych płyt są lepsze np. "Black Rose: A Rock Legend" z 1979 r., a inne gorsze np. "Renegade" z 1981 r.
Obecnie o grupie Thin Lizzy i jej liderze z łatwością można poczytać w fachowej prasie, notkach biograficznych zamieszczonych w Internecie, a także w polskich i angielskich encyklopediach, ale w czasach mojej młodości nie było takich możliwości. Z tego powodu przygotowany przez redakcję muzyczną magazynu "Razem" w 1983 r. czarno-biały plakat przedstawiający Phila Lynotta, a na drugiej stronie opis dziejów zespołu Thin Lizzy wraz z reprodukcjami okładek jego płyt, a także kariery solowej lidera (autorstwa Krzysztofa Domaszczyńskiego) był wielkim wydarzeniem dla fanów rocka w PRL.
Przy tej okazji warto wskazać, że Phil Lynott, był dzieckiem Irlandki i Gujańczyka, stąd jego nietypowa ciemna karnacja. Młoda matka nie była przygotowana na zajęcie się dzieckiem, stąd go porzuciła, a jego wychowaniem zajęli się jej Rodzice w Dublinie. W katolickiej Irlandii, o jakże podobnej w mentalności do katolickiej Polski, życie ciemnoskórego chłopca, typowego "obcego", nie było łatwe i na pewno miało wpływ na jego osobowość. Wyjątkowe zdolności a także pracowitość sprawiły jednak, że Phil Lynott osiągnął sukces artystyczny i finansowy o jakim mogły jedynie pomarzyć "czystej krwi" irlandzkie dzieci.
wtorek, 5 grudnia 2023
The Police – plakat i artykuł w magazynie „Razem” z 1984 r.
Brytyjski zespół The Police pierwotnie działał w latach 1977-1986 i w tym czasie wydał tylko pięć płyt studyjnych, ale odcisnął się trwałym piętnem na historii muzyki rockowej. Grupa powstała z inicjatywy perkusisty Stewarta Copelanda, ale jej liderem był zawsze jej basista Gordon Mattew Sumner, a jej trzecim członkiem był wybitnie uzdolniony gitarzysta Andy Summers. Było to więc typowe rockowe trio, które zdołało jednak stworzyć swój oryginalny i niepowtarzalny styl nie czerpiąc z dorobku klasycznego bluesa i blues rocka.
Początkowo ich muzyka była połączeniem punk rocka, popu i rytmów reggae i stopniowo ewoluowała w kierunku stylu post punk, new wave, a wreszcie art. Rocka i sofistycznego popu z sarkastycznymi i politycznymi tekstami, męskimi wokalizami i energetycznymi zagrywkami gitary na bazie sekcji rytmicznej basu i perkusji grającej zmodyfikowane reggae.
Właściwie każda ich płyta zasługuje na uwagę, ale z mojego punktu widzenia za najlepsze uważam trzy z nich: „Regatta De Blanc” (1979), „Ghost In The Machine” (1981) i „Synchronicity” (1983). Szczególną rolę w karierze grupy odgrywały single dzięki którym grupa zdobyła masowe rzesze fanów np. „Roxane” (1978), „Walking On The Moon” (1979), „Don’t Stand So Close To Me” (1980), „Invisible Sun” (1981), „Every Breath You Take” (1983).
Sław The Police dotarła także do komuszej Polski już na przełomie lat 70. I 80. , ale mało kto miał wtedy w kraju ich płyty, bo były bardzo drogie. Prezentowany tutaj plakat tego zespołu pochodzi z 1984 r. a więc szczytowego okresu popularności tej grupy przed jej rozwiązaniem w połowie lat 80. Opis biografii zespołu przygotował Kamil Sipowicz, ówczesny student filozofii, a późniejszy mąż Kory Jackowskiej.
czwartek, 7 listopada 2019
Pink Floyd – blaski i cienie – artykuł w magazynie „Razem” z 1988 r.
Prezentowany artykuł to mini monografia zespołu Pink Floyd. Przygotował ją Sławomir Orski przy okazji prac nad pierwszą polską książkową monografią tego zespołu. Ukazała się ona ostatecznie w 1991 r. w krakowskim wydawnictwie Rock-Serwis (później wznowiono ją w 1994 r.).
Obecnie książka ta jest bardzo krytykowana za wtórność itp., ale w czasie w jakim się ukazała była nie tylko jedyną monografią zespołu Pink Floyd w j. polskim, ale także pierwszą monografią jakiegokolwiek zespołu rockowego wydaną w naszym kraju. Zapoczątkowała też serię wydawniczą z monografiami różnych artystów rockowych w wydawnictwie Rock-Serwis.
Obecnie książka ta jest bardzo krytykowana za wtórność itp., ale w czasie w jakim się ukazała była nie tylko jedyną monografią zespołu Pink Floyd w j. polskim, ale także pierwszą monografią jakiegokolwiek zespołu rockowego wydaną w naszym kraju. Zapoczątkowała też serię wydawniczą z monografiami różnych artystów rockowych w wydawnictwie Rock-Serwis.
środa, 4 września 2019
Lene Lovich, Average White Band, Foghat, The Golden Earing, Dan Fogelberg, Foreigner, Gilla - notki biograficzne w "Razem" z lat 1980-1982
W dziale muzycznym i rubryce "Rock lat 70., obok wykonawców powszechnie znanych i uznanych przedstawiano także takich, którzy wówczas byli mniej znani lub całkowicie nieznanych w Polsce okresu PRL. Umieściłem tutaj także notki o wykonawcach, którzy choć byli znani, to jednak nie ceniłem ich zbytnio z powodu nadmiernej komercjalizacji, np. Foreigner. Wycinki z biografiami tego rodzaju wykonawców zebrałem razem w tym zestawieniu.
Lene Lovich (ur. 1949 r.) to amerykańska piosenkarka, kompozytorka i muzyk (grała m.in. na saksofonie) serbskiego pochodzenia, ale mieszkająca w Wielkiej Brytanii. W latach 1978-1983 nagrała i wydała trzy znane wówczas albumy, z których najwyżej oceniano debiutancki "Stateless" ("Bezpaństwowiec") z 1978 r. Reprezentowały one styl new wave i post punk. Albumy nagrywa do chwili obecnej, ostatni z nich wydała w 2005 r., ale ma już 67 lat i wielka kariera już raczej za nią. Opis doprowadzony do drugiego albumu "Flex" z 1980 r.
Average White Band to zespół szkocki działający w latach 1972-1983, a następnie od 1989 r do chwili obecnej. Jego specjalnością był biały soul, funk, ale tworzył też nagranie w stylu disco i rockowe. W latach 1973-1982 nagrał dziewięć płyt z których najwyżej oceniano kilka pierwszych albumów, z zwłaszcza płytę "AWB" z 1974 r. Opis doprowadzono do składankowego albumu "The Best Of" wydanego w 1979 r.
Foghat to zespół brytyjski ale największe sukcesy odnoszący w Stanach Zjednoczonych. Jego muzyka to zamerykanizowany (czytaj bardziej melodyjny i uproszczony) blues rock, boogie rock i hard rock. W pierwszy etapie kariery od 1971 do 1984 r. nagrał i wydał 13 albumów, z których najwyżej oceniano płyty: "Fool for the City" z 1975 r. a zwłaszcza koncertową "Live" z 1977 r. Po reaktywacji od 1994 r. zespół wydał kilka kolejnych albumów, ale jego popularność znacznie osłabła. Notkę o nim doprowadzono do przeciętnego albumu "Girls to Chat & Boys to Bounce" wydanego w lipcu 1981 r.
The Golding Earing to zespół holenderski założony w 1961 r. i grający nieustannie do chwili obecnej. Z tego powodu uważany jest za najstarszy nieprzerwanie istniejący zespół popowo-rockowy na świecie. Zadebiutował dobrze ocenionym albumem "Just Earings" w 1965 r. W ciągu swej długiej kariery nagrał i wydał jeszcze wiele albumów, z których fani rocka najwyżej oceniają trzy utrzymane w stylistyce hard rockowej: "Eight Miles High" z 1970 r., "Moontan" z 1973 r. i "Contraband" z 1976 r. Opis doprowadzony do koncertowego albumu "2nd Live" z 1981 r.
Dan Fogelberg (1951-2007) był amerykanskim piosenkarzem, kompozytorem i multiinstrumentalistą grającym rocka i soft rocka, ale także piosenki folk i bluegrass. W sumie nagrał kilkanaście albumów. Zadebiutował dobrze ocenionym ale słabo się sprzedającym albumem "Home Free" w 1972 r. Największe sukcesy odniósł na przełomie lat 70. i 80. albumami: "Phoenix" z 1979 r. i "The Innocent Age" z 1981 r. Opis doprowadzony do tej ostatniej płyty.
Foreigner to jeden z czołowych zespołów amerykańskich reprezentujących silnie skomercjalizowaną i melodyjną odmianę hard rocka i soft rocka. Świadomi fani rocka wiedzą jednak dobrze, że najbliżej tej grupie było zawsze jednak do pop rocka. Zespół powstał w 1976 r. i nieprzerwanie działa do chwili obecnej. Jego albumy należą do najlepiej sprzedających się w dziejach muzyki pop i rock. Swe najlepsze płyty zespół nagrał w latach 1977-1987. Najwyżej spośród nich ocenia się debiutancką "Foreigner" z 1977 r. oraz "4" z 1981 r. Jednak wielu fanów uważa, że równie dobrym, a może i lepszym niż słynna "czwórka" jest album "Agent Provocateur" z 1984 r. Opis doprowadzono do 1982 r.
Gilla (właściwie Gisela Wuchinger, ur. 1950 r.) to austriacka piosenkarka specjalizująca się w wykonywaniu disco i klasycznych niemieckich piosenek (szlagierów). Była ona jednym z protegowanych niemieckiego producenta Franka Fariana, którzy odkrył dla ludzkości zespół Boney M. W latach 1975-1980 wydała ona cztery albumy z repertuarem disco. Albumy te nagrano w j. niemieckim i nie są one szerzej znane poza Niemcami. Brak sukcesów sprawił, że w 1981 r. Gilla wycofała się z pracy na rynku muzycznym. Opis dość bałamutny, bo mylący nagrania singlowe z albumowymi doprowadzony do 1981 r.
Zgodnie z przyjętą formułą wszystkie teksty przygotowano w encyklopedycznym stylu, ale nawet to nie usprawiedliwia zbytniej ogólnikowości niektórych z nich, zwłaszcza gdy chodzi o bardziej znanych wykonawców takich jak Foreigner. Przypuszczalnie powodem takiego stanu rzeczy był brak źródeł na podstawie można było napisać te notki. Wszystkie te biografie, poza jedną zredagowaną o Gilla przez niejakiego RS, przygotował Krzysztof Domaszczyński. Tylko jedna z nich miała ilustrację przedstawiającą wykonawcę, a druga okładkę płyty - był to zresztą jeden z najlepszych albumów w dorobku opisywanej grupy.
Z młodości pamiętam, że na początku lat 80. jednym z najbardziej promowanych wykonawców w Polskim Radiu była grupa Foreigner, a z jej dyskografii album "4" z 1981 r. , a z niego nagranie "Urgent" ("Pilny"). Dosłownie chciało się wymiotować jak słyszało się ten naokrągło odtwarzany utwór. W Polskim Radio jako pierwszy przedstawił tę płytę Piotr Kaczkowski w swojej audycji "Minimax" 26 XI 1981 r. i to z niej go po raz pierwszy usłyszałem i nagrałem.
Lene Lovich (ur. 1949 r.) to amerykańska piosenkarka, kompozytorka i muzyk (grała m.in. na saksofonie) serbskiego pochodzenia, ale mieszkająca w Wielkiej Brytanii. W latach 1978-1983 nagrała i wydała trzy znane wówczas albumy, z których najwyżej oceniano debiutancki "Stateless" ("Bezpaństwowiec") z 1978 r. Reprezentowały one styl new wave i post punk. Albumy nagrywa do chwili obecnej, ostatni z nich wydała w 2005 r., ale ma już 67 lat i wielka kariera już raczej za nią. Opis doprowadzony do drugiego albumu "Flex" z 1980 r.
Average White Band to zespół szkocki działający w latach 1972-1983, a następnie od 1989 r do chwili obecnej. Jego specjalnością był biały soul, funk, ale tworzył też nagranie w stylu disco i rockowe. W latach 1973-1982 nagrał dziewięć płyt z których najwyżej oceniano kilka pierwszych albumów, z zwłaszcza płytę "AWB" z 1974 r. Opis doprowadzono do składankowego albumu "The Best Of" wydanego w 1979 r.
Foghat to zespół brytyjski ale największe sukcesy odnoszący w Stanach Zjednoczonych. Jego muzyka to zamerykanizowany (czytaj bardziej melodyjny i uproszczony) blues rock, boogie rock i hard rock. W pierwszy etapie kariery od 1971 do 1984 r. nagrał i wydał 13 albumów, z których najwyżej oceniano płyty: "Fool for the City" z 1975 r. a zwłaszcza koncertową "Live" z 1977 r. Po reaktywacji od 1994 r. zespół wydał kilka kolejnych albumów, ale jego popularność znacznie osłabła. Notkę o nim doprowadzono do przeciętnego albumu "Girls to Chat & Boys to Bounce" wydanego w lipcu 1981 r.
The Golding Earing to zespół holenderski założony w 1961 r. i grający nieustannie do chwili obecnej. Z tego powodu uważany jest za najstarszy nieprzerwanie istniejący zespół popowo-rockowy na świecie. Zadebiutował dobrze ocenionym albumem "Just Earings" w 1965 r. W ciągu swej długiej kariery nagrał i wydał jeszcze wiele albumów, z których fani rocka najwyżej oceniają trzy utrzymane w stylistyce hard rockowej: "Eight Miles High" z 1970 r., "Moontan" z 1973 r. i "Contraband" z 1976 r. Opis doprowadzony do koncertowego albumu "2nd Live" z 1981 r.
Dan Fogelberg (1951-2007) był amerykanskim piosenkarzem, kompozytorem i multiinstrumentalistą grającym rocka i soft rocka, ale także piosenki folk i bluegrass. W sumie nagrał kilkanaście albumów. Zadebiutował dobrze ocenionym ale słabo się sprzedającym albumem "Home Free" w 1972 r. Największe sukcesy odniósł na przełomie lat 70. i 80. albumami: "Phoenix" z 1979 r. i "The Innocent Age" z 1981 r. Opis doprowadzony do tej ostatniej płyty.
Foreigner to jeden z czołowych zespołów amerykańskich reprezentujących silnie skomercjalizowaną i melodyjną odmianę hard rocka i soft rocka. Świadomi fani rocka wiedzą jednak dobrze, że najbliżej tej grupie było zawsze jednak do pop rocka. Zespół powstał w 1976 r. i nieprzerwanie działa do chwili obecnej. Jego albumy należą do najlepiej sprzedających się w dziejach muzyki pop i rock. Swe najlepsze płyty zespół nagrał w latach 1977-1987. Najwyżej spośród nich ocenia się debiutancką "Foreigner" z 1977 r. oraz "4" z 1981 r. Jednak wielu fanów uważa, że równie dobrym, a może i lepszym niż słynna "czwórka" jest album "Agent Provocateur" z 1984 r. Opis doprowadzono do 1982 r.
Gilla (właściwie Gisela Wuchinger, ur. 1950 r.) to austriacka piosenkarka specjalizująca się w wykonywaniu disco i klasycznych niemieckich piosenek (szlagierów). Była ona jednym z protegowanych niemieckiego producenta Franka Fariana, którzy odkrył dla ludzkości zespół Boney M. W latach 1975-1980 wydała ona cztery albumy z repertuarem disco. Albumy te nagrano w j. niemieckim i nie są one szerzej znane poza Niemcami. Brak sukcesów sprawił, że w 1981 r. Gilla wycofała się z pracy na rynku muzycznym. Opis dość bałamutny, bo mylący nagrania singlowe z albumowymi doprowadzony do 1981 r.
Zgodnie z przyjętą formułą wszystkie teksty przygotowano w encyklopedycznym stylu, ale nawet to nie usprawiedliwia zbytniej ogólnikowości niektórych z nich, zwłaszcza gdy chodzi o bardziej znanych wykonawców takich jak Foreigner. Przypuszczalnie powodem takiego stanu rzeczy był brak źródeł na podstawie można było napisać te notki. Wszystkie te biografie, poza jedną zredagowaną o Gilla przez niejakiego RS, przygotował Krzysztof Domaszczyński. Tylko jedna z nich miała ilustrację przedstawiającą wykonawcę, a druga okładkę płyty - był to zresztą jeden z najlepszych albumów w dorobku opisywanej grupy.
Z młodości pamiętam, że na początku lat 80. jednym z najbardziej promowanych wykonawców w Polskim Radiu była grupa Foreigner, a z jej dyskografii album "4" z 1981 r. , a z niego nagranie "Urgent" ("Pilny"). Dosłownie chciało się wymiotować jak słyszało się ten naokrągło odtwarzany utwór. W Polskim Radio jako pierwszy przedstawił tę płytę Piotr Kaczkowski w swojej audycji "Minimax" 26 XI 1981 r. i to z niej go po raz pierwszy usłyszałem i nagrałem.
poniedziałek, 15 lipca 2019
Black Sabbath – plakat z magazynu „Razem” z 1983 r.
Black Sabbath, to zespół brytyjski, jeden z klasyków hard rocka, a zarazem jedna z legend rocka. W zasadzie prawie nie ma zespołu, który w mniejszym lub większym stopniu nie czerpałby inspiracji z jego twórczości.
W Polsce okresu PRL był to zespół znany i popularny, choć podobnie jak w RFN jego konkurent na niwie ciężkiego grania, grupa Led Zeppelin, miała chyba więcej fanów niż Sabbath.
Ja osobiście zawsze bardziej lubiłem Black Sabbath i stawiałem go wyżej niż zespół Jimi Page’a z powodu bardziej ciężkiego i mrocznego brzmienia. Podobały mi się oba wcielania Sabbath: z Ozzym i Jamesem Dio. Szkoda mi tylko, że w klasycznym okresie z tym drugim powstały tylko trzy albumy: dwa studyjne i jeden koncertowy.
Koncertówka z Jamesem Dio w składzie (także na tym plakacie) pt. „Live Evil” ukazała się 1 XII 1982, stąd w zakończeniu tekstu na plakacie z dumą ogłoszono, że to informacja „z ostatniej chwili”, a w domyśle, że dopisano ją w ostatniej chwili przed wydaniem gazety.
Rok 1982 nie należał w Polsce do udanych, głównie z powodu sytuacji politycznej spowodowanej wprowadzeniem stanu wojennego. Wszystko co zachodnie, a zwłaszcza muzyka rockowa, były wówczas promykiem nadziei z lepszego świata. Także ten bardzo skromny czarno-biały plakat Sabbs był wtedy w Polsce takim promykiem światła.
Wówczas mogłem jedynie pomarzyć o posłuchaniu wszystkich albumów Black Sabbath z płyt winylowych. Były one bardzo drogie, a także niedostępne. Dopiero w latach 90. kupiłem wszystkie ich albumy w wersji kompaktowej.
Jak zwykle w wypadku tego pisma, część opisową do niego przygotował Krzysztof Domaszczyński.
niedziela, 12 maja 2019
Free – „Free Live!”, 1971 r. – recenzja w magazynie „Razem” z 1985 r.?
Album „Free Live” wydany pierwotnie w 1971 r. to jedna z klasycznych płyt w historii rocka a zarazem jeden z najlepszych albumów koncertowych w dziejach tej muzyki. W okresie PRL dostęp do zachodnich płyt z muzyką rockową w Polsce był bardzo ograniczony. Dla większości ludzi praktycznie jedyną możliwością zapoznania się z tymi płytami były audycje muzyczne Polskiego Radia. Obecnie młodzież ma Internet, w którym ”za darmo” wybiera sobie to co ją interesuje, ale moje pokolenie takiej możliwości nie miało, bo Internet jeszcze nie istniał.
Jedną z nich był a audycja pt. „Kanon muzyki rockowej” istniejąca w latach 1983-1986. Przez pewien czas istniała korelacja pomiędzy prezentowanymi tam płytami a recenzjami płyt publikowanymi równocześnie w tej audycji i magazynie „Razem”. Tak było także w tym przypadku. Audycję „Kanon rocka” przygotowywał znany polski dziennikarz muzyczny Piotr Kaczkowski. W jednej z tych audycji nadanej 18 VIII 1985 r. zaprezentowano album „Free Live”, i w tym samym mniej więcej czasie ukazała się powyższa recenzja w magazynie „Razem” przygotowana przez Karola Majewskiego.
Kulturotwórcze ówczesnej prezentacji tej płyty w audycji „Kanon rocka” i jej opis w magazynie „Razem” były bardzo duże. Obecnie mogą wydawać się śmieszne, ale wyobraźmy sobie sytuację, że obecnym młodym choćby na jeden dzień odetną dostęp do Internetu! Wtedy zrozumieją na czym polegała izolacja (w tym kulturalna) w takim kraju jak PRL.
Jedną z nich był a audycja pt. „Kanon muzyki rockowej” istniejąca w latach 1983-1986. Przez pewien czas istniała korelacja pomiędzy prezentowanymi tam płytami a recenzjami płyt publikowanymi równocześnie w tej audycji i magazynie „Razem”. Tak było także w tym przypadku. Audycję „Kanon rocka” przygotowywał znany polski dziennikarz muzyczny Piotr Kaczkowski. W jednej z tych audycji nadanej 18 VIII 1985 r. zaprezentowano album „Free Live”, i w tym samym mniej więcej czasie ukazała się powyższa recenzja w magazynie „Razem” przygotowana przez Karola Majewskiego.
Kulturotwórcze ówczesnej prezentacji tej płyty w audycji „Kanon rocka” i jej opis w magazynie „Razem” były bardzo duże. Obecnie mogą wydawać się śmieszne, ale wyobraźmy sobie sytuację, że obecnym młodym choćby na jeden dzień odetną dostęp do Internetu! Wtedy zrozumieją na czym polegała izolacja (w tym kulturalna) w takim kraju jak PRL.
wtorek, 9 kwietnia 2019
Metal '85 - opis sukcesów gatunku w magazynie "Razem" z 1986 r.
W przeciwieństwie do innych plakatów drukowanych w latach 80. XX w. w magazynie "Razem", ten był dość nietypowy, gdyż na stronie plakatowej (czyli A skanu) nie zawierał fotografii jednego wykonawcy, a dość małe zdjęcia wielu wykonawców. Tym co odróżniało stronę plakatową od tej opisowej było zastosowanie kolorowej farby na stronie plakatowej.
W połowie lat 80. heavy metal stal się na całym świcie, w tym także w Polsce okresu PRL, najbardziej modna muzyką rockową. Była to swoista reakcja na lansowanych wówczas wszędzie w wiodących mediach modę na plastikowe brzmienie new romantic. Prawdziwi rockowcy uważali tę muzykę za zniewieściałą, a wobec braku alternatywy na inne rockowe brzmienia, swe sympatie skierowali ku heavy metalowi.
Muzyka heavy metalowa od początku swego istnienia miała fatalna opinię kreowaną najczęściej przez osoby, które nie szerszego miały pojęcia o tej muzyce. Przykładowo brytyjski autor, Jonathon Green, w swym dziele "Newspek: A Dictionary of Jargon" ("Nowomowa: słownik gwary") wydanym w 1984 r. o heavy metalu pisał tak:
<< prymitywna, hałaśliwa, "męska" muzyka, przyciągająca zwłaszcza ubraną w dżinsowe stroje i kiwającą miarowo głowami młodzież z północy Wielkiej Brytanii oraz spożywających hektolitry piwa nastolatków ze środkowych stanów USA; muzyczny ekwiwalent fantastycznej literatury spod znaku "Magii i miecza" oraz gier typu "Lochy i potwory" >>.
Terminu "heavy metal" po raz pierwszy użył znany pisarz William Borroughs w swej powieści "Nagi lunch" wydanej w Paryżu w 1959 r. W tekście utworu rockowego po raz pierwszy użyła go amerykańska grupa Steppenwolf w swym hymnie "Born To Be Wild". Opowiadał on o podnieceniu płynącym z szybkiej jazdy motocyklem ("heavy metalowym piorunem") na autostradzie.
Do opisu muzyki terminu "heavy metal" zaczęto używać już w latach 60. XX w. do opisu muzyki takich wykonawców jak np. amerykańska grupa Blue Cherr, a w latach 70. głównie w odniesieniu do twórczości brytyjskiego zespołu Led Zeppelin. Za nowoczesnych protoplastów obecnego heavy metalu uchodzą dzisiaj zespoły: Judas Priest i Motorhead, których prosta i hałaśliwa muzyka ostatecznie zerwała z brzmieniem odwołującym się do bluesa (a więc z hard rocka).
Proces krystalizacji nowego gatunku zwanego heavy metalem zahamowała rewolucja punk rockowa z lat 1976-1979. Dopiero po jej przeminięciu powstał silny nurt wielu nowych zespołów grających ciężką odmianę rocka określany wspólnym terminem "Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu". Tworzyło go wiele zespołów, z których niektóre osiągnęły światowy sukces, np. Iron Maiden, Saxon, Def Leppard, Tygers Of Pan Tang. Do tego nurtu w luźny sposób zaliczano też starsze zespoły, a więc m.in. Judas Priest i Motorhead.
Znacznie mniejszy sukces komercyjny przypadł grupie Diamond Head, ale wywarła ona ogromny wpływ na wiele późniejszych zespołów dojrzałego heavy metalu z lat 80, np. na Metallica, Megadeth i Queensryche. Amerykańską odpowiedzią na NWOBHM była scena w Los Angeles, gdzie powstały zespoły: Motley Crue, W.A.S.P. i Quiet Riot. Początek lat 80. przyniósł podział sceny metalowej na coraz bardziej wyspecjalizowane podgatunki, np. trash, death metal, grindcore itp. Te nowe gatunki grały już nowe, inne bardziej wyspecjalizowane zespoły, np. Venom, Slayer, Metallica, Anthrax, a także cały szereg zespołów europejskich spoza wielkiej Brytanii, np. niemiecki Kreator, szwajcarski Celtic Frost, czy duński Mercyful Fate.
Na fali światowej popularności heavy metalu z początkiem lat 80. gatunek ten dotarł także do Polski. Jego bezkompromisowa postawa muzyczna i tekstowa jakby opisywały ;polską rzeczywistość tamtego czasu i punkt widzenia polskiej młodzieży na realia polityczne i gospodarcze stanu wojennego. Z tego powodu, w tamtym czasie, heavy metal stal się także w Polsce bardzo popularnym gatunkiem. Płyty wykonawców w tym stylu coraz częściej i szerzej prezentowano w audycjach muzycznych Polskiego Radia ("Metalowe tortury"), a sam styl coraz bardziej drobiazgowo omawiano w polskiej prasie muzycznej i młodzieżowej (czego dowodem jest ten plakat).
Jak już wspomniałem układ całości tego plakatu jest bardzo dziwny, moim zdaniem kompletnie nieprzemyślany. Na stronie plakatowej, a więc kolorowej znalazły się opisy i reprodukcje fotografii zespołów: Korpus, Killer, W.A.S.P., Venom, ale także kilka fotografii przedstawiających członków wykonawców metalowych bez podpisów. Dwa z tych tekstów, o Venom i W.A.S.P. dokończono na stronie opisowej plakatu. W opisach podano podstawowe dane o każdym z tych zespołów oraz dyskografie do daty publikacji, a w wypadku grupy Killer zreprodukowano nawet okładki jej płyt.
Na stronie opisowej, a więc czarno białej, znalazła się też informacja o śmierci Phila Lynotta (zm. 4 I 1986 r.), lidera zespołu Thinn Lizzy, a także recenzja najnowszego wówczas albumu grupy Celtic Frost - "To Mega Therion" wydanego 27 X 1985 r. Środkową część strony zajęło zestawienie pt.: "Metal '85" przygotowane na postawie danych z brytyjskiej prasy. Te dane są jednak nieco dziwne, bo jako twórcy heavy metalowi występują tutaj tacy wykonawcy jak: Bryan Adams, ZZ Top, Marillion, Billy Idol itp. Świadczy to o całkowitym niezrozumieniu tematu przez twórców takiego zestawienia.
Myślę też, że twórca opisów tekstowych tego plakatu, Krzysztof Domaszczyński, nie czul tematu i nie miał dostępu do większej ilości materiałów na temat stanu heavy metalu w 1985 r. A przecież był to rok w którym ukazały się takie dzieła heavy metalu jak: "Hell Awaits" - Slayer, "Feel The Fire" - Overkill, czy "Spreading the Disease" - Anthrax.
W połowie lat 80. heavy metal stal się na całym świcie, w tym także w Polsce okresu PRL, najbardziej modna muzyką rockową. Była to swoista reakcja na lansowanych wówczas wszędzie w wiodących mediach modę na plastikowe brzmienie new romantic. Prawdziwi rockowcy uważali tę muzykę za zniewieściałą, a wobec braku alternatywy na inne rockowe brzmienia, swe sympatie skierowali ku heavy metalowi.
Muzyka heavy metalowa od początku swego istnienia miała fatalna opinię kreowaną najczęściej przez osoby, które nie szerszego miały pojęcia o tej muzyce. Przykładowo brytyjski autor, Jonathon Green, w swym dziele "Newspek: A Dictionary of Jargon" ("Nowomowa: słownik gwary") wydanym w 1984 r. o heavy metalu pisał tak:
<< prymitywna, hałaśliwa, "męska" muzyka, przyciągająca zwłaszcza ubraną w dżinsowe stroje i kiwającą miarowo głowami młodzież z północy Wielkiej Brytanii oraz spożywających hektolitry piwa nastolatków ze środkowych stanów USA; muzyczny ekwiwalent fantastycznej literatury spod znaku "Magii i miecza" oraz gier typu "Lochy i potwory" >>.
Terminu "heavy metal" po raz pierwszy użył znany pisarz William Borroughs w swej powieści "Nagi lunch" wydanej w Paryżu w 1959 r. W tekście utworu rockowego po raz pierwszy użyła go amerykańska grupa Steppenwolf w swym hymnie "Born To Be Wild". Opowiadał on o podnieceniu płynącym z szybkiej jazdy motocyklem ("heavy metalowym piorunem") na autostradzie.
Do opisu muzyki terminu "heavy metal" zaczęto używać już w latach 60. XX w. do opisu muzyki takich wykonawców jak np. amerykańska grupa Blue Cherr, a w latach 70. głównie w odniesieniu do twórczości brytyjskiego zespołu Led Zeppelin. Za nowoczesnych protoplastów obecnego heavy metalu uchodzą dzisiaj zespoły: Judas Priest i Motorhead, których prosta i hałaśliwa muzyka ostatecznie zerwała z brzmieniem odwołującym się do bluesa (a więc z hard rocka).
Proces krystalizacji nowego gatunku zwanego heavy metalem zahamowała rewolucja punk rockowa z lat 1976-1979. Dopiero po jej przeminięciu powstał silny nurt wielu nowych zespołów grających ciężką odmianę rocka określany wspólnym terminem "Nowej Fali Brytyjskiego Heavy Metalu". Tworzyło go wiele zespołów, z których niektóre osiągnęły światowy sukces, np. Iron Maiden, Saxon, Def Leppard, Tygers Of Pan Tang. Do tego nurtu w luźny sposób zaliczano też starsze zespoły, a więc m.in. Judas Priest i Motorhead.
Znacznie mniejszy sukces komercyjny przypadł grupie Diamond Head, ale wywarła ona ogromny wpływ na wiele późniejszych zespołów dojrzałego heavy metalu z lat 80, np. na Metallica, Megadeth i Queensryche. Amerykańską odpowiedzią na NWOBHM była scena w Los Angeles, gdzie powstały zespoły: Motley Crue, W.A.S.P. i Quiet Riot. Początek lat 80. przyniósł podział sceny metalowej na coraz bardziej wyspecjalizowane podgatunki, np. trash, death metal, grindcore itp. Te nowe gatunki grały już nowe, inne bardziej wyspecjalizowane zespoły, np. Venom, Slayer, Metallica, Anthrax, a także cały szereg zespołów europejskich spoza wielkiej Brytanii, np. niemiecki Kreator, szwajcarski Celtic Frost, czy duński Mercyful Fate.
Na fali światowej popularności heavy metalu z początkiem lat 80. gatunek ten dotarł także do Polski. Jego bezkompromisowa postawa muzyczna i tekstowa jakby opisywały ;polską rzeczywistość tamtego czasu i punkt widzenia polskiej młodzieży na realia polityczne i gospodarcze stanu wojennego. Z tego powodu, w tamtym czasie, heavy metal stal się także w Polsce bardzo popularnym gatunkiem. Płyty wykonawców w tym stylu coraz częściej i szerzej prezentowano w audycjach muzycznych Polskiego Radia ("Metalowe tortury"), a sam styl coraz bardziej drobiazgowo omawiano w polskiej prasie muzycznej i młodzieżowej (czego dowodem jest ten plakat).
Jak już wspomniałem układ całości tego plakatu jest bardzo dziwny, moim zdaniem kompletnie nieprzemyślany. Na stronie plakatowej, a więc kolorowej znalazły się opisy i reprodukcje fotografii zespołów: Korpus, Killer, W.A.S.P., Venom, ale także kilka fotografii przedstawiających członków wykonawców metalowych bez podpisów. Dwa z tych tekstów, o Venom i W.A.S.P. dokończono na stronie opisowej plakatu. W opisach podano podstawowe dane o każdym z tych zespołów oraz dyskografie do daty publikacji, a w wypadku grupy Killer zreprodukowano nawet okładki jej płyt.
Na stronie opisowej, a więc czarno białej, znalazła się też informacja o śmierci Phila Lynotta (zm. 4 I 1986 r.), lidera zespołu Thinn Lizzy, a także recenzja najnowszego wówczas albumu grupy Celtic Frost - "To Mega Therion" wydanego 27 X 1985 r. Środkową część strony zajęło zestawienie pt.: "Metal '85" przygotowane na postawie danych z brytyjskiej prasy. Te dane są jednak nieco dziwne, bo jako twórcy heavy metalowi występują tutaj tacy wykonawcy jak: Bryan Adams, ZZ Top, Marillion, Billy Idol itp. Świadczy to o całkowitym niezrozumieniu tematu przez twórców takiego zestawienia.
Myślę też, że twórca opisów tekstowych tego plakatu, Krzysztof Domaszczyński, nie czul tematu i nie miał dostępu do większej ilości materiałów na temat stanu heavy metalu w 1985 r. A przecież był to rok w którym ukazały się takie dzieła heavy metalu jak: "Hell Awaits" - Slayer, "Feel The Fire" - Overkill, czy "Spreading the Disease" - Anthrax.
wtorek, 19 lutego 2019
Kora – fragment plakatu z magazynu „Razem” z 1984 r.
Kora, a faktycznie Olga Sipowicz (wcześniej Jackowska) z domu Ostrowska (1951-2018) była polską wokalistką rockową, autorką tekstów piosenek, a przede wszystkim przez wiele lat naczelnym głosem i duchem zespołu Maanam.
Niestety - w ostatnich latach przed śmiercią przeobraziła się w celebrytkę. Była jedną z najbardziej twórczych osobowości na polskiej scenie rockowej, uwielbianą przez ludzi o otwartych umysłach i nielubianą przez prawicowy beton.
sobota, 2 lutego 2019
Snakefinger – artykuł w magazynie „Razem” z 1983 r.
Przełom lat 70. i 80. XX w. był okresem zamętu w sferze kultury
popularnej. Dawna muzyka popularna zdominowana przez disco została zmieciona
przez rewolucję punkową. A z popiołów tej ostatniej zrodził się świat muzyki
post punkowej i nowo falowej, a także wszelkich innych dziwacznych dźwięków do jakiej
nie było wcześniej miejsca w głównym nurcie.
Do tej ostatniej kategorii należeli twórcy grający
alternatywnego rocka, czy jak kto woli awangardowego rocka spychani wcześniej
przez mainstream rocka lat 70. do podziemia. Jednym z takich twórców był
kompozytor, skrzypek i gitarzysta Philip Charles Lithman (1949-1987) znany
bardziej pod pseudonimem artystycznym jako Snakefinger.
Ten brytyjski muzyk zmarł nagle w 1987 r. w wieku zaledwie
38 lat w pokoju hotelowym podczas jednej ze swoich tras koncertowych. Tak więc
obecnie nie żyje już od ponad 30 lat a jego osoba pozostaje jedną z bardziej zagadkowych
w świecie muzyki popularnej.
Paradoksalnie w czasach gdy jeszcze żył, także nie był zbyt
znany z powodu rodzaju muzyki jaką komponował i wykonywał. We wczesnej
młodości, a więc w latach 1971-1975 stał na czele grupy Chilli Willi And The
Red Hot Peppers. Nawiasem mówiąc grupa ta nie miała nic wspólnego, także stylistycznie,
z amerykańskim zespołem Red Chot Chilii Peppers. Zespół Lithmanna reprezentował
styl zwany pub rockiem, którego niedościgłym wzorem stał się później brytyjski
zespół Dr Feelgood. Z grupą tą nagrał w latach 1972 i 1974 dwa albumy studyjne,
ale nie spotkały się one z większym zainteresowaniem publiczności. Po latach
ukazały się także jej nagrania koncertowe i kompilacje z jej mniej znanymi
nagraniami.
Od początku lat 70. Lithman wyjeżdżał do Stanów
Zjednoczonych w poszukiwaniu wytwórni i producentów swoich nagrań. Tam trafił
na członków zespołu The Residents, którzy zmienili jego nastawienie do muzyki.
Pod ich wpływem przyjął pseudonim artystyczny Snakefinger pochodzący od jego
długich palców oplatających gryf gitary jak węże.
Pod wpływem The Residents muzyk ten zmienił nastawienie do
materii muzycznej i zbliżył się do awangardy muzycznej. W nowym alternatywnym
stylu pozbawionym ograniczeń skomercjalizowanego świata muzyki popularnej
zaczął też nagrywać nowe własne płyty. Na stale wszedł też w skład grupy
muzyków wspomagających zespół The Residents w studiu i na koncertach. Jego
nazwisko figuruje przy wielu klasycznych już albumach tego legendarnego
zespołu, np. przy singlu „Satisfaction” czy albumach „Fingerprince” (1977),
„Duck Stab / Buster & Glen” (1978), „Eskimo” (1979).
Na przełomie lat 70 i 80. XX w. pod pseudonimem Snakefinger
nagrał i wydał kilka bardzo udanych albumów studyjnych, m.in. „Chewing Hides
the Sound” (1979), „Greener Postures” (1980) i „Manual of Errors” (1982). Właściwie
wszystkie z nich mają bardzo wysoki i wyrównany poziom i trudno wskazać na
jedną najlepszą płytę. Według jednych będzie to jego debiut płytowy, a według
innych drugi lub trzeci z jego albumów.
Prezentowany tutaj wycinek z magazynu „Razem” przedstawia
biografię tego muzyka przygotowaną przez dwóch dziennikarzy: Karola Majewskiego
i Henryka Palczewskiego. W tematyce awangardy rocka specjalizował się zwłaszcza
ten drugi i przypuszczam, że bez jego udziału przygotowanie tego tekstu nie
byłoby możliwe.
W późniejszych latach Snakefinger przygotował wydal jeszcze
kilka płyt z których najciekawszą była „Night Of Desire Obejcts” z 1986 r.
Jednak żadna z nich nie osiągnęła już poziomu twórczości z przełomu początku
wspomnianej dekady. W połowie lat 80. Lithman coraz bardziej skłaniał się w
kierunku korzeni muzyki bluesowej. Dowodem tego był bardzo udany album
koncertowy pt. „Snakefinger's History of the Blues” (1984).
Niestety, jego dalszą obiecującą karierę przerwała w 1987 r.
przedwczesna śmierć tego muzyka w pokoju hotelowym.
środa, 23 stycznia 2019
Pink Floyd - "The Wall" i Edgar Froese - "Stuntman" recenzje w magazynie "Razem" z 1980 r.
Obie płyty ukazały się w 1979 r., ale w magazynie "Razem" zrecenzowano je dopiero na początku 1980 r. (niestety nie zanotowałem daty wydania tego egzemplarza gazety z którego wyciąłem przed laty te recenzje). Autorem obu tych recenzji był Karol Majewski.
Pink Floyd - "The Wall"
Podwójny album "The Wall" zespołu Pink Floyd jest obecnie jedną z najbardziej znanych płyt w historii muzyki popularnej. Od początku cieszył się wielkim uznaniem słuchaczy i krytyków. Jednak w chwili ukazania się, choć był dużym wydarzeniem muzycznym, to jednak był tylko jedną z wielu płyt rockowych jakie ukazały się na zachodnim rynku muzycznym. W związku z tym, że album ten ukazał się w Wielkiej Brytanii 30 XI, a w Stanach Zjednoczonych 8 XII 1979 r. początkowo jego sukces rynkowy był nieco ograniczony. Wynikało to z prostej zasady, że koniec roku, także w zachodnim świecie, przeznaczony jest na święta Bożego Narodzenia i tego rodzaju muzyka jak na "The Wall" miała ograniczony zakres odbioru. Do masowej świadomości w pełni przebił się dopiero z początkiem 1980 r.
Do komunistycznej Polski płyta ta dotarła stosunkowo szybko, dzięki operatywności i fascynacji tym zespołem wielu ówczesnych dziennikarzy muzycznych na czele z Piotrem Kaczkowskim. Po raz pierwszy zaprezentowano jej fragment w środowej audycji "Muzyczna Poczta UKF" prowadzonej przez Piotra Kaczkowskiego nadanej 19 XII 1979 r. Nadano wówczas czwartą stronę tego podwójnego albumu. Pozostałe części nadano w tej samej audycji dopiero na początku 1980 r.: 2 stycznia - I stronę, 9 stycznia - II stronę, 16 stycznia - III stronę. Dodatkowo 23 stycznia powtórzono IV stronę. W późniejszym czasie album ten był jeszcze wielokrotnie powtarzany w różnych audycjach Polskiego Radia. Szczególną popularnością cieszył się zwłaszcza wydany także na singlu utwór „Another Brick in the Wall, Part 2”, który puszczano wręcz do znudzenia.
Pamiętam jak na początku 1980 r. podczas przebierania się w szatni, Ci najbardziej "do przodu uświadomieni muzycznie" koledzy ze szkoły mówili właśnie o tym albumie. Dokładnie rzecz biorąc mówili, że jest taki angielski zespół Pink Floyd i nagrał podwójny album zatytułowany "Ściana". Pomyślałem wtedy, że taki tytuł to dziwactwo, i kto przy zdrowych zmysłach chciałby słuchać muzyki o jakiejś ścianie?
Była to raczej normalna reakcja kogoś, kto do końca 1979 r. specjalnie nie interesował się muzyką, a jak już, to Krawczykiem i inną itp. tandetą masowo lansowaną w PRL. Swoje nastawienie zmieniłem już w lutym 1980 r., kiedy Ojciec pozwolił mi kupić pierwszy radiomagnetofon na którym zacząłem nagrywać płyty. Już kilka miesięcy później nabyłem świadomości muzycznej, która ostatecznie, czy raczej na ćwierć wieku, odrzuciła we mnie wszystko co dotychczas uważałem za dobrą muzykę, np. twórczość Boney M. itp. Jednoczenie nagle stałem się fanem klasyków rocka na czele z Pink Floyd.
Na temat "The Wall" ukazało się tyle recenzji, że właściwie nie wiadomo co by tutaj nowego napisać. Generalnie tylko to, że w przeciwieństwie do poprzednich, klasycznych płyt tej grupy z lat 70., w miejsce jednego długiego i kilku krótszych utworów, pojawiło się na niej wiele krótkich czy bardzo krótkich nagrań. W sumie album na obu płytach obejmował 26 utworów, z których większość skomponował basista i samozwańczy lider grupy Roger Waters. Jedynie w czterech wypadkach ich współkompozytorem były inne osoby: w trzech gitarzysta David Gilmour, a w jednym Bob Ezrin - odpowiedzialny za orkiestrację całości. Utwory grupy nie tylko zmieniły tutaj swą formę, ale także i wyraz. Z utworów o charakterze refleksyjnym, z dużą ilością fragmentów instrumentalnych stały się kompozycjami piosenkowymi, w których tekst stał się ważniejszy od samej muzyki. Nastąpiło więc tutaj swoiste przedefiniowanie stylu grupy - w moim odczuciu na gorszy. Zmarginalizowanie innych członków grupy, a zwłaszcza Ricka Wrighta i wykastrowanie muzyki zespołu z jego partii klawiszowych pozbawiło Pink Floyd dotychczasowej symfonicznej barwy i refleksyjnego charakteru. Z albumu "The Wall" najbardziej odpowiadają mi utwory, których współkompozytorem był David Gilmour: "Young Lust", Comfortably Numb" i "Run Like Hell". Charakter tych kompozycji był nowatorski, ale jednocześnie przywoływał w melodyjnym stylu gry na gitarze Gilmoura ducha dawnego Pink Floyd.
Tę zmianę stylu grupy dostrzegali także recenzenci i słuchacze i najczęściej przyjęli ją dobrze. Ja jednak należałem do tych, którym zespół Pink Floyd od tej płyty przestał się podobać. To wcale nie znaczy, że przestałem go słuchać, bo nawet kupiłem za "ciężkie pieniądze" oryginalne wydanie tego albumu, ale nie wzbudził on we mnie, i nadal nie wzbudza, emocji porównywalnych z tymi jakie towarzyszą mi, gdy słucham suit "Atom Heart Mother", "Echoes" , czy kompozycji z "The Dark Side Of The Moon".
Edgar Froese - "Stuntman"
Z kolei wydany oryginalnie przez wytwórnię Virgin w 1979 r., a później wznowiony na CD m.in. przez wiedeńską firmę Eastgate w 2005 r. klasyczny album Edgara Froese „Stuntman" („Kaskader") jest czwartą płytą w jego solowej karierze i na pewno należy do najbardziej udanych dzieł nie tylko w solowej karierze lidera Tangerine Dream, ale także w klasycznym nurcie elektronicznego rocka. Przez wiele lat dostęp do muzyki na tym albumie był utrudniony, gdyż stare wydanie CD z 1990 r. uległo wyczerpaniu, a nowe nie ukazywało się m.in. z powodu konfliktu pomiędzy wytwórnią Virgin a Edgarem Froese o prawa autorskie. W publikowanej recenzji mamy obraz oryginalnej okładki tego albumu wydania winylowego.
Wydając ponownie ten album Froese zadbał o jakość brzemienia, ale jednocześnie nie zmienił nic w jego muzycznej strukturze i barwie, dzięki czemu albumu tego słucha się nadal z wielką przyjemnością. Zgodnie z przyjętym założeniem na solowych płytach Edgara Froese znajdowały ujście te jego pomysły muzyczne, które nie pasowały do głównego nurtu wizji artystycznej jego macierzystej formacji a więc grupy TANGERINE DREAM.
Album jako całość ma relaksujący charakter i zbudowany jest pod względem muzycznym na melodiach uzyskiwanych przez proste syntezatory i sequencery wspomagane niekiedy przez fortepian, gitarę i perkusję.
Na albumie znalazło się w sumie sześć utworów instrumentalnych. Wszystkie kompozycje są dziełem Edgara Froese, który gra tutaj na wszystkich instrumentach klawiszowych i gitarze wspomagany jedynie przez nowego ówczesnego perkusistę TANGERINE DREAM - Klausa Kriegera. Przy pierwszych przesłuchaniach zamieszczone tutaj utwory mogą się wydawać nieco nużące i podobne do siebie, ale album zyskuje na odbiorze przy kolejnych przesłuchaniach. Dopiero wówczas można w pełni zapoznać się a następnie rozkoszować się pełnią jego muzycznych barw. Są to utwory nieco mniej dynamiczne niż na niektórych płytach TD, ale za to bardziej subtelne melodycznie.
Utwór tytułowy „Stuntman" zaczyna się mocnym wejściem sequencera tworzącym rytm na którym syntezator buduje prostą i chwytliwą linię melodyczną. Najbardziej chwytliwą kompozycją na albumie, a także moją ulubioną, jest utwór trzeci „Detroit Snackbar Dreamer". W nawiązaniu do tytułu ma marzycielską atmosferę i przebojową melodykę. Subtelne liryczne brzmienie syntezatora uzyskane w tej kompozycji na długo zapada w pamięć i nie sposób o nim przestać myśleć i zachwycać się tym utworem.
Dwie najdłuższe kompozycje na albumie to: „It Would Be Like Samoa" i „Drunken Mozart In The Desert". Obie mają po ponad 10 minut długości i nawiązują do bardziej rozbudowanych kompozycji Froesego z jego poprzednich płyt solowych i albumów Tangerine Dream. Utwór „It Would Be Like Samoa" rozpoczyna się solem na syntezatorze na tle perkusyjnego rytmu sequencera. Utwór rozwija się melodycznie, a w jego środku dochodzi do tego partia gitary, która pojawia się równie szybko co zanika. Z kolei żartobliwy z tytułu „Drunken Mozart In The Desert" nawiązuje do początków muzyki na syntezatorach i odtwarza brzmienie orkiestry symfonicznej z epoki Mozarta do twórczości którego bezpośrednio nawiązuje. Wszystko to brzmi trochę jak szalona orkiestra, ale ta stylizacja jest raczej udanym pastiszem niż groteskową parodią kompozycji wielkiego klasyka. Obie kompozycje dzięki swej niebanalnej melodyce i strukturze należą do ciekawszych na płycie i w solowej karierze Froesego.
W utworze o żartobliwym tytule „A Daliesque Sleep Fuse" (tytuł jest kalamburem) Froese nawiązał do twórczości wybitnego wizjonera i malarza XX w. Salwadora Dali, z którym zetknął się w młodości. Osią kompozycji jest wzajemne przenikanie się partii sequencera i syntezatora z gitarą na stałym podkładzie rytmicznym.
Kończący album utwór „Scarlet Score For Mescalero" zbudowany został na nieco przyciężkawym, ale przede wszystkim zbyt monotonnym motywie, stąd jest to chyba najmniej interesująca pozycja na płycie.
Na całej płycie słychać echa twórczości Tangerine Dream, ale nie są to proste cytaty, a subtelne przetworzenia tego, do czego przyzwyczaiła nas macierzysta formacja Edgara Froese.
Po raz pierwszy zetknąłem się z tym albumem w 1980 r. przy okazji recenzji Karola Majewskiego w tygodniku „Razem”. Album został dwukrotnie zaprezentowany w Polskim Radio: w audycji „Zapraszamy do Trójki" 3 i 10 V 1983 r. oraz w audycji „Głosy, instrumenty, nastroje" 25 X 1982 r. Ponadto w audycji J. Kordowicza „Studio Nagrań” w dniu 27 III 1985 r. nadano pochodzący z tego albumu utwór „Detroit Snack Bar Dreamer".
Przez długie lata była to jedna z tych płyt jakie koniecznie chciałem sobie kupić i jej ponownie posłuchać. Moje marzenie spełniło się dopiero w 2007, kiedy album ten nabyłem w internetowym sklepie „Rock-Serwis" w Krakowie. Niestety, w najnowszym remasterowanym wydaniu tej poszukiwanej płyty zmieniono okładkę.
Pink Floyd - "The Wall"
Podwójny album "The Wall" zespołu Pink Floyd jest obecnie jedną z najbardziej znanych płyt w historii muzyki popularnej. Od początku cieszył się wielkim uznaniem słuchaczy i krytyków. Jednak w chwili ukazania się, choć był dużym wydarzeniem muzycznym, to jednak był tylko jedną z wielu płyt rockowych jakie ukazały się na zachodnim rynku muzycznym. W związku z tym, że album ten ukazał się w Wielkiej Brytanii 30 XI, a w Stanach Zjednoczonych 8 XII 1979 r. początkowo jego sukces rynkowy był nieco ograniczony. Wynikało to z prostej zasady, że koniec roku, także w zachodnim świecie, przeznaczony jest na święta Bożego Narodzenia i tego rodzaju muzyka jak na "The Wall" miała ograniczony zakres odbioru. Do masowej świadomości w pełni przebił się dopiero z początkiem 1980 r.
Do komunistycznej Polski płyta ta dotarła stosunkowo szybko, dzięki operatywności i fascynacji tym zespołem wielu ówczesnych dziennikarzy muzycznych na czele z Piotrem Kaczkowskim. Po raz pierwszy zaprezentowano jej fragment w środowej audycji "Muzyczna Poczta UKF" prowadzonej przez Piotra Kaczkowskiego nadanej 19 XII 1979 r. Nadano wówczas czwartą stronę tego podwójnego albumu. Pozostałe części nadano w tej samej audycji dopiero na początku 1980 r.: 2 stycznia - I stronę, 9 stycznia - II stronę, 16 stycznia - III stronę. Dodatkowo 23 stycznia powtórzono IV stronę. W późniejszym czasie album ten był jeszcze wielokrotnie powtarzany w różnych audycjach Polskiego Radia. Szczególną popularnością cieszył się zwłaszcza wydany także na singlu utwór „Another Brick in the Wall, Part 2”, który puszczano wręcz do znudzenia.
Pamiętam jak na początku 1980 r. podczas przebierania się w szatni, Ci najbardziej "do przodu uświadomieni muzycznie" koledzy ze szkoły mówili właśnie o tym albumie. Dokładnie rzecz biorąc mówili, że jest taki angielski zespół Pink Floyd i nagrał podwójny album zatytułowany "Ściana". Pomyślałem wtedy, że taki tytuł to dziwactwo, i kto przy zdrowych zmysłach chciałby słuchać muzyki o jakiejś ścianie?
Była to raczej normalna reakcja kogoś, kto do końca 1979 r. specjalnie nie interesował się muzyką, a jak już, to Krawczykiem i inną itp. tandetą masowo lansowaną w PRL. Swoje nastawienie zmieniłem już w lutym 1980 r., kiedy Ojciec pozwolił mi kupić pierwszy radiomagnetofon na którym zacząłem nagrywać płyty. Już kilka miesięcy później nabyłem świadomości muzycznej, która ostatecznie, czy raczej na ćwierć wieku, odrzuciła we mnie wszystko co dotychczas uważałem za dobrą muzykę, np. twórczość Boney M. itp. Jednoczenie nagle stałem się fanem klasyków rocka na czele z Pink Floyd.
Na temat "The Wall" ukazało się tyle recenzji, że właściwie nie wiadomo co by tutaj nowego napisać. Generalnie tylko to, że w przeciwieństwie do poprzednich, klasycznych płyt tej grupy z lat 70., w miejsce jednego długiego i kilku krótszych utworów, pojawiło się na niej wiele krótkich czy bardzo krótkich nagrań. W sumie album na obu płytach obejmował 26 utworów, z których większość skomponował basista i samozwańczy lider grupy Roger Waters. Jedynie w czterech wypadkach ich współkompozytorem były inne osoby: w trzech gitarzysta David Gilmour, a w jednym Bob Ezrin - odpowiedzialny za orkiestrację całości. Utwory grupy nie tylko zmieniły tutaj swą formę, ale także i wyraz. Z utworów o charakterze refleksyjnym, z dużą ilością fragmentów instrumentalnych stały się kompozycjami piosenkowymi, w których tekst stał się ważniejszy od samej muzyki. Nastąpiło więc tutaj swoiste przedefiniowanie stylu grupy - w moim odczuciu na gorszy. Zmarginalizowanie innych członków grupy, a zwłaszcza Ricka Wrighta i wykastrowanie muzyki zespołu z jego partii klawiszowych pozbawiło Pink Floyd dotychczasowej symfonicznej barwy i refleksyjnego charakteru. Z albumu "The Wall" najbardziej odpowiadają mi utwory, których współkompozytorem był David Gilmour: "Young Lust", Comfortably Numb" i "Run Like Hell". Charakter tych kompozycji był nowatorski, ale jednocześnie przywoływał w melodyjnym stylu gry na gitarze Gilmoura ducha dawnego Pink Floyd.
Tę zmianę stylu grupy dostrzegali także recenzenci i słuchacze i najczęściej przyjęli ją dobrze. Ja jednak należałem do tych, którym zespół Pink Floyd od tej płyty przestał się podobać. To wcale nie znaczy, że przestałem go słuchać, bo nawet kupiłem za "ciężkie pieniądze" oryginalne wydanie tego albumu, ale nie wzbudził on we mnie, i nadal nie wzbudza, emocji porównywalnych z tymi jakie towarzyszą mi, gdy słucham suit "Atom Heart Mother", "Echoes" , czy kompozycji z "The Dark Side Of The Moon".
Edgar Froese - "Stuntman"
Z kolei wydany oryginalnie przez wytwórnię Virgin w 1979 r., a później wznowiony na CD m.in. przez wiedeńską firmę Eastgate w 2005 r. klasyczny album Edgara Froese „Stuntman" („Kaskader") jest czwartą płytą w jego solowej karierze i na pewno należy do najbardziej udanych dzieł nie tylko w solowej karierze lidera Tangerine Dream, ale także w klasycznym nurcie elektronicznego rocka. Przez wiele lat dostęp do muzyki na tym albumie był utrudniony, gdyż stare wydanie CD z 1990 r. uległo wyczerpaniu, a nowe nie ukazywało się m.in. z powodu konfliktu pomiędzy wytwórnią Virgin a Edgarem Froese o prawa autorskie. W publikowanej recenzji mamy obraz oryginalnej okładki tego albumu wydania winylowego.
Wydając ponownie ten album Froese zadbał o jakość brzemienia, ale jednocześnie nie zmienił nic w jego muzycznej strukturze i barwie, dzięki czemu albumu tego słucha się nadal z wielką przyjemnością. Zgodnie z przyjętym założeniem na solowych płytach Edgara Froese znajdowały ujście te jego pomysły muzyczne, które nie pasowały do głównego nurtu wizji artystycznej jego macierzystej formacji a więc grupy TANGERINE DREAM.
Album jako całość ma relaksujący charakter i zbudowany jest pod względem muzycznym na melodiach uzyskiwanych przez proste syntezatory i sequencery wspomagane niekiedy przez fortepian, gitarę i perkusję.
Na albumie znalazło się w sumie sześć utworów instrumentalnych. Wszystkie kompozycje są dziełem Edgara Froese, który gra tutaj na wszystkich instrumentach klawiszowych i gitarze wspomagany jedynie przez nowego ówczesnego perkusistę TANGERINE DREAM - Klausa Kriegera. Przy pierwszych przesłuchaniach zamieszczone tutaj utwory mogą się wydawać nieco nużące i podobne do siebie, ale album zyskuje na odbiorze przy kolejnych przesłuchaniach. Dopiero wówczas można w pełni zapoznać się a następnie rozkoszować się pełnią jego muzycznych barw. Są to utwory nieco mniej dynamiczne niż na niektórych płytach TD, ale za to bardziej subtelne melodycznie.
Utwór tytułowy „Stuntman" zaczyna się mocnym wejściem sequencera tworzącym rytm na którym syntezator buduje prostą i chwytliwą linię melodyczną. Najbardziej chwytliwą kompozycją na albumie, a także moją ulubioną, jest utwór trzeci „Detroit Snackbar Dreamer". W nawiązaniu do tytułu ma marzycielską atmosferę i przebojową melodykę. Subtelne liryczne brzmienie syntezatora uzyskane w tej kompozycji na długo zapada w pamięć i nie sposób o nim przestać myśleć i zachwycać się tym utworem.
Dwie najdłuższe kompozycje na albumie to: „It Would Be Like Samoa" i „Drunken Mozart In The Desert". Obie mają po ponad 10 minut długości i nawiązują do bardziej rozbudowanych kompozycji Froesego z jego poprzednich płyt solowych i albumów Tangerine Dream. Utwór „It Would Be Like Samoa" rozpoczyna się solem na syntezatorze na tle perkusyjnego rytmu sequencera. Utwór rozwija się melodycznie, a w jego środku dochodzi do tego partia gitary, która pojawia się równie szybko co zanika. Z kolei żartobliwy z tytułu „Drunken Mozart In The Desert" nawiązuje do początków muzyki na syntezatorach i odtwarza brzmienie orkiestry symfonicznej z epoki Mozarta do twórczości którego bezpośrednio nawiązuje. Wszystko to brzmi trochę jak szalona orkiestra, ale ta stylizacja jest raczej udanym pastiszem niż groteskową parodią kompozycji wielkiego klasyka. Obie kompozycje dzięki swej niebanalnej melodyce i strukturze należą do ciekawszych na płycie i w solowej karierze Froesego.
W utworze o żartobliwym tytule „A Daliesque Sleep Fuse" (tytuł jest kalamburem) Froese nawiązał do twórczości wybitnego wizjonera i malarza XX w. Salwadora Dali, z którym zetknął się w młodości. Osią kompozycji jest wzajemne przenikanie się partii sequencera i syntezatora z gitarą na stałym podkładzie rytmicznym.
Kończący album utwór „Scarlet Score For Mescalero" zbudowany został na nieco przyciężkawym, ale przede wszystkim zbyt monotonnym motywie, stąd jest to chyba najmniej interesująca pozycja na płycie.
Na całej płycie słychać echa twórczości Tangerine Dream, ale nie są to proste cytaty, a subtelne przetworzenia tego, do czego przyzwyczaiła nas macierzysta formacja Edgara Froese.
Po raz pierwszy zetknąłem się z tym albumem w 1980 r. przy okazji recenzji Karola Majewskiego w tygodniku „Razem”. Album został dwukrotnie zaprezentowany w Polskim Radio: w audycji „Zapraszamy do Trójki" 3 i 10 V 1983 r. oraz w audycji „Głosy, instrumenty, nastroje" 25 X 1982 r. Ponadto w audycji J. Kordowicza „Studio Nagrań” w dniu 27 III 1985 r. nadano pochodzący z tego albumu utwór „Detroit Snack Bar Dreamer".
Przez długie lata była to jedna z tych płyt jakie koniecznie chciałem sobie kupić i jej ponownie posłuchać. Moje marzenie spełniło się dopiero w 2007, kiedy album ten nabyłem w internetowym sklepie „Rock-Serwis" w Krakowie. Niestety, w najnowszym remasterowanym wydaniu tej poszukiwanej płyty zmieniono okładkę.
środa, 16 stycznia 2019
Flash And The Pan i Fleetwood Mac – artykuły z magazynu „Razem” z 1982 r.?
Flash And The Pan to australijsko-holenderska grupa rockowa działająca w latach 1977-1992. W zasadzie był to duet tworzony przez dwóch muzyków, byłych członków zespołu The Easybeats. Pierwszy z nich to Harry Vanda (właściwie Johannes Vandenberg, holender z pochodzenia) muzyk, wokalista, kompozytor, gitarzysta i producent. Drugim był Georg Young, starszy brat braci Youngów (tych z AC/DC), Szkot z pochodzenia, muzyk, kompozytor, producent, gitarzysta i klawiszowiec.
Zespół specjalizował się w tworzeniu przystępnych w odbiorze utworów w modnym na przełomie lat 70. i 80. nurcie New Wave i Synth Pop. W latach 1977-1992 ta efemeryczna grupa nagrała i wydała sześć albumów studyjnych. Najwyżej z nich oceniany jest pierwszy „Flash And The Pan” (1977 r.), ale wysoki poziom mają także dwa jej następne albumy: „Light In The Night” (1980) i „Headlines” (1982).
Największy sukces artystyczny zespół osiągnął jednak nie tyle dzięki albumom studyjnym, co wpadającym w ucho przebojom. Pierwszym z nich było nagranie "Hey, St. Peter" / "Walking in the Rain" wydanemu w 1976 r. Z tego względu szczególne znacznie mają składanki tego zespołu grupujące nagrania z płyt studyjnych i singli, np. album „Ayla - The Best of Flash and the Pan” wydany w 2005 r. przez wytwórnię Repertoire Records.
Pamiętam jak w czasach młodości, a dokładnie w 1982 r. zawsze wcześnie rano jechałem do pracy w kopalni, to w autobusie którym nas do niej dowożono, prawie zawsze włączone było radio, a w nim akurat nadawano nagrania zespołu Flash And The Pan. tego zespołu, a w szczególności utwory z płyty „Ligths in the Night”. W okresie zimy, gdy było ziemno i zimno, ta muzyka brzmiały tak jakoś ciepło, a tytuł tej płyty jakby komentował to co widziało się na drodze.
Początek lat 80. był też szczytowym okresem popularności tej grupy, także w Polsce. Obecnie jest ona nieco zapomniana, a niektóre jej płyty studyjne są bardzo trudne do kupienia na CD.
Brytyjski zespół Fleetwood Mac jest jedną z legend muzyki rockowej, a jego dzieje są doskonałym przykładem pokrętnych losów muzyki rockowej w ciągu ostatnich prawie 50 lat, licznych samowolnych i wymuszonych zmian składu i stylistyki, rozdarcia pomiędzy wysokim poziomem artystycznym pierwszych płyt, a brakiem równego temu sukcesu finansowego, a także dramatycznych losów osobistych muzyków.
Grupa działa od 1967 r. do chwili obecnej z niewielką przerwą pod koniec lat 90., ale jej skład i repertuar zmieniał się w ciągu tego czasu tak radykalnie, że w zasadzie należałoby mówić o kilku grupach o wspólnej nazwie Fleetwood Mac. Ja najbardziej lubię i cenię pierwsze blues rockowe wcielenie tego zespołu z lat 1967-1969, kiedy jego liderem był genialny kompozytor i gitarzysta Peter Green. Nagrane wówczas przez zespół albumy: „Fleetwood Mac”, „Mr Wonderful” (oba z 1968 r.), a zwłaszcza „Then Play On” (1969) i „Fleetwood Mac in Chicago” znany też pod tytułem „Blues Jam At Chess” (1969).
Płyty te są nie tylko wspaniałymi przykładami bluesa granego przez białych lepiej niż najlepsi „czarni”, a co najmniej im dorównującego, ale także przebłyskiem geniuszu tworzących to wcielenie zespołu muzyków, a zwłaszcza jej lidera Petera Greena. Albumy te uważa się za jedne z najlepszych w historii blues rocka. Ten cudowny okres w historii grupy przerwały dramatyczne wydarzenia: stopniowe popadanie w obłęd Petera Greena a także niespodziewane odejście do sekty Chidren Of God jej drugiego ważnego muzyka i gitarzysty Jeremi Spencera.
W odnowionym składzie rolę głównego kompozytora i lidera początkowo przejął Dany Kirwan, także wybitnie zdolny kompozytor i gitarzysta. Przynajmniej dwa nagrane w tym czasie albumy zespołu, choć dalekie od blues-rocka: „Future Games” (1971) i „Bare Games” (1972) są bardzo dobre i urzekają swym eterycznym brzmieniem. Dużą rolę w ich artystycznym sukcesie odegrał nowy członek grupy, gitarzysta i kompozytor, Bob Welch.
Jednak i tym razem zespół nie osiągnął oczekiwanego sukcesu komercyjnego, a dodatkowo Dany Kirwan okazał się muzykiem równie zdolnym, co mało odpornym na stresy wynikające z konieczności odbywania tras koncertowych i kontaktu z ludźmi. To było głównym powodem jego odejścia z zespołu. W następnych latach nagrał jeszcze samodzielnie kilka płyt, ale potem popadł w zapomnienie i biedę. Obecnie, od wielu lat jest kloszardem włóczącym się po śmietnikach w niczym nie przypominającym dawnej gwiazdy Fleetwood Mac.
W połowie lat 70. uformował się nowy bardziej popowy niż rockowy skład Fleetwood Mac w którym tylko dwóch muzyków wchodziło w skład pierwotnego bluesowego wcielenia formacji: John McVie (gitara basowa) i Mick Fleetwood (perkusja). Nowymi wyjątkowo kreatywni członkami grupy stali się wówczas: Stevie Nicks (śpiew), Lindsey Buckingham (gitara, śpiew) i Christine McVie (instr. klawiszowe, śpiew). Nagrane w tym składzie pop-rockowe albumy : „Fleetwood Mac” (1975), „Rumours” (1977) i „Tusk” (1979) były nie tylko dobre artystycznie, ale także okazały się gigantycznym sukcesem komercyjnym. Tę dobrą passę zespołu podtrzymały także albumy z lat 80, a zwłaszcza album „Tango In The Night” z 1987 r.
W tamtym czasie, czyli na początku lat 80., mogłem jedynie pomarzyć o posłuchaniu blues-rockowych płyt Fleetwood Mac. Niekiedy grano je we fragmentach w Polskim Radio, ale raczej dość rzadko i nigdy nie przedstawiono w całości dyskografii tego zespołu. Albumów tych mogłem sobie do woli posłuchać dopiero w latach 90. Oczywiście wcześniej musiałem sobie je kupić na płytach kompaktowych.
Notki biograficzne o obu grupach dla magazynu „Razem” przygotował Krzysztof Domaszczyński.
Zespół specjalizował się w tworzeniu przystępnych w odbiorze utworów w modnym na przełomie lat 70. i 80. nurcie New Wave i Synth Pop. W latach 1977-1992 ta efemeryczna grupa nagrała i wydała sześć albumów studyjnych. Najwyżej z nich oceniany jest pierwszy „Flash And The Pan” (1977 r.), ale wysoki poziom mają także dwa jej następne albumy: „Light In The Night” (1980) i „Headlines” (1982).
Największy sukces artystyczny zespół osiągnął jednak nie tyle dzięki albumom studyjnym, co wpadającym w ucho przebojom. Pierwszym z nich było nagranie "Hey, St. Peter" / "Walking in the Rain" wydanemu w 1976 r. Z tego względu szczególne znacznie mają składanki tego zespołu grupujące nagrania z płyt studyjnych i singli, np. album „Ayla - The Best of Flash and the Pan” wydany w 2005 r. przez wytwórnię Repertoire Records.
Pamiętam jak w czasach młodości, a dokładnie w 1982 r. zawsze wcześnie rano jechałem do pracy w kopalni, to w autobusie którym nas do niej dowożono, prawie zawsze włączone było radio, a w nim akurat nadawano nagrania zespołu Flash And The Pan. tego zespołu, a w szczególności utwory z płyty „Ligths in the Night”. W okresie zimy, gdy było ziemno i zimno, ta muzyka brzmiały tak jakoś ciepło, a tytuł tej płyty jakby komentował to co widziało się na drodze.
Początek lat 80. był też szczytowym okresem popularności tej grupy, także w Polsce. Obecnie jest ona nieco zapomniana, a niektóre jej płyty studyjne są bardzo trudne do kupienia na CD.
Brytyjski zespół Fleetwood Mac jest jedną z legend muzyki rockowej, a jego dzieje są doskonałym przykładem pokrętnych losów muzyki rockowej w ciągu ostatnich prawie 50 lat, licznych samowolnych i wymuszonych zmian składu i stylistyki, rozdarcia pomiędzy wysokim poziomem artystycznym pierwszych płyt, a brakiem równego temu sukcesu finansowego, a także dramatycznych losów osobistych muzyków.
Grupa działa od 1967 r. do chwili obecnej z niewielką przerwą pod koniec lat 90., ale jej skład i repertuar zmieniał się w ciągu tego czasu tak radykalnie, że w zasadzie należałoby mówić o kilku grupach o wspólnej nazwie Fleetwood Mac. Ja najbardziej lubię i cenię pierwsze blues rockowe wcielenie tego zespołu z lat 1967-1969, kiedy jego liderem był genialny kompozytor i gitarzysta Peter Green. Nagrane wówczas przez zespół albumy: „Fleetwood Mac”, „Mr Wonderful” (oba z 1968 r.), a zwłaszcza „Then Play On” (1969) i „Fleetwood Mac in Chicago” znany też pod tytułem „Blues Jam At Chess” (1969).
Płyty te są nie tylko wspaniałymi przykładami bluesa granego przez białych lepiej niż najlepsi „czarni”, a co najmniej im dorównującego, ale także przebłyskiem geniuszu tworzących to wcielenie zespołu muzyków, a zwłaszcza jej lidera Petera Greena. Albumy te uważa się za jedne z najlepszych w historii blues rocka. Ten cudowny okres w historii grupy przerwały dramatyczne wydarzenia: stopniowe popadanie w obłęd Petera Greena a także niespodziewane odejście do sekty Chidren Of God jej drugiego ważnego muzyka i gitarzysty Jeremi Spencera.
W odnowionym składzie rolę głównego kompozytora i lidera początkowo przejął Dany Kirwan, także wybitnie zdolny kompozytor i gitarzysta. Przynajmniej dwa nagrane w tym czasie albumy zespołu, choć dalekie od blues-rocka: „Future Games” (1971) i „Bare Games” (1972) są bardzo dobre i urzekają swym eterycznym brzmieniem. Dużą rolę w ich artystycznym sukcesie odegrał nowy członek grupy, gitarzysta i kompozytor, Bob Welch.
Jednak i tym razem zespół nie osiągnął oczekiwanego sukcesu komercyjnego, a dodatkowo Dany Kirwan okazał się muzykiem równie zdolnym, co mało odpornym na stresy wynikające z konieczności odbywania tras koncertowych i kontaktu z ludźmi. To było głównym powodem jego odejścia z zespołu. W następnych latach nagrał jeszcze samodzielnie kilka płyt, ale potem popadł w zapomnienie i biedę. Obecnie, od wielu lat jest kloszardem włóczącym się po śmietnikach w niczym nie przypominającym dawnej gwiazdy Fleetwood Mac.
W połowie lat 70. uformował się nowy bardziej popowy niż rockowy skład Fleetwood Mac w którym tylko dwóch muzyków wchodziło w skład pierwotnego bluesowego wcielenia formacji: John McVie (gitara basowa) i Mick Fleetwood (perkusja). Nowymi wyjątkowo kreatywni członkami grupy stali się wówczas: Stevie Nicks (śpiew), Lindsey Buckingham (gitara, śpiew) i Christine McVie (instr. klawiszowe, śpiew). Nagrane w tym składzie pop-rockowe albumy : „Fleetwood Mac” (1975), „Rumours” (1977) i „Tusk” (1979) były nie tylko dobre artystycznie, ale także okazały się gigantycznym sukcesem komercyjnym. Tę dobrą passę zespołu podtrzymały także albumy z lat 80, a zwłaszcza album „Tango In The Night” z 1987 r.
W tamtym czasie, czyli na początku lat 80., mogłem jedynie pomarzyć o posłuchaniu blues-rockowych płyt Fleetwood Mac. Niekiedy grano je we fragmentach w Polskim Radio, ale raczej dość rzadko i nigdy nie przedstawiono w całości dyskografii tego zespołu. Albumów tych mogłem sobie do woli posłuchać dopiero w latach 90. Oczywiście wcześniej musiałem sobie je kupić na płytach kompaktowych.
Notki biograficzne o obu grupach dla magazynu „Razem” przygotował Krzysztof Domaszczyński.
niedziela, 30 grudnia 2018
James Blood Ulmer – recenzje albumów „Black Rock” i „Odyssey” w magazynie „Razem” z 1984 r.
James Blood Ulmer (ur. 2 II 1942 r.) to amerykański gitarzysta jazzowy, bluesowy i free funkowy, mało znany masowej publiczności, a bardzo znany wśród koneserów rocka i jazzu.
W ciągu wieloletniej kariery zapoczątkowanej w końcu lat 70. nagrał kilkadziesiąt płyt z których przynajmniej kilka zasługuje na miano arcydzieł. Na pewno na takie miano zasługują obie omawiane w tych recenzjach albumy: „Black Rock” (1982) i „Odyssey” (1983) wybrane w epoce do zrecenzowania na łamach „Razem” przez Karola Majewskiego.
niedziela, 16 grudnia 2018
Rick Wakeman - "Six Wives Of Henry VIII" (1973) - opis w rubryce "Kanon muzyki rockowej" w magazynie "Razem" z 1983 r.
"Kanon muzyki rockowej" to audycja muzyczna nadawana w Programie III PR w okresie od 14 III 1983 r. do 3 XI 1986 r. Jej celem była chęć udostępnienia szerokiemu gronu słuchaczy nagrań z klasyką muzyki rockowej. Pomysłodawcą tej audycji i jej głównym prowadzącym był Piotr Kaczkowski - znany prezenter muzyczny PR.
Z podobnym pomysłem, tyle że w wersji drukowanej wystąpił także Karol Majewski, pracujący wówczas m.in. jako dziennikarz muzyczny magazynu "Razem". Początkowo przygotował nawet samodzielnie jedną, lub kilka, recenzji w ramach działu także nazwanego przez siebie "Kanon muzyki rockowej", w tym recenzję pierwszego albumu zespołu Chicago.
Widząc ogromne zainteresowanie taką formułą redakcja muzyczna "Razem" doszła do porozumienia z redakcją muzyczną Programu III PR i ustaliła, że kolejne prezentacje płyt w radiu będą skorelowane z recenzjami tych samych płyt w ramach drukowanego w "Razem" cyklu artykułów pod wspólną nazwą "Kanon muzyki rockowej"
Nie wiem ile w sumie zaprezentowano w magazynie "Razem" opisów płyt w ramach rubryki "Kanon muzyki rockowej". W moim prywatnym archiwum zachowały się tylko trzy takie opisy.
Dzisiaj prezentuję pierwszy z nich, czyli słynny album Ricka Wakemana pt.: "Six Wives Of Henry VIII" z 1973 r. Wakeman zamieścił na nim instrumentalne portrety sześciu żon angielskiego króla Henryka VIII. Wielki sukces tej płyty sprawił, że muzyk ten opuścił macierzystą formację Yes w której grał wówczas na instrumentach klawiszowych i rozpoczął owocną karierę solową.
Album Ricka Wakemana pt.: "The Six Wives Of Henry VIII" nadano w wersji dźwiękowej w Programie III Polskiego Radia w audycji "Kanon muzyki rockowej" 31 X 1983 r.
Przy tej okazji chciałbym dodać że w sieci jest wiele stron prezentujących tzw kanoniczną muzykę rockową. Jedną z bardziej godnych uwagi, także z powodu tyłu jest ta na stronie:
http://www.kanon-rock.com.pl/
Z podobnym pomysłem, tyle że w wersji drukowanej wystąpił także Karol Majewski, pracujący wówczas m.in. jako dziennikarz muzyczny magazynu "Razem". Początkowo przygotował nawet samodzielnie jedną, lub kilka, recenzji w ramach działu także nazwanego przez siebie "Kanon muzyki rockowej", w tym recenzję pierwszego albumu zespołu Chicago.
Widząc ogromne zainteresowanie taką formułą redakcja muzyczna "Razem" doszła do porozumienia z redakcją muzyczną Programu III PR i ustaliła, że kolejne prezentacje płyt w radiu będą skorelowane z recenzjami tych samych płyt w ramach drukowanego w "Razem" cyklu artykułów pod wspólną nazwą "Kanon muzyki rockowej"
Nie wiem ile w sumie zaprezentowano w magazynie "Razem" opisów płyt w ramach rubryki "Kanon muzyki rockowej". W moim prywatnym archiwum zachowały się tylko trzy takie opisy.
Dzisiaj prezentuję pierwszy z nich, czyli słynny album Ricka Wakemana pt.: "Six Wives Of Henry VIII" z 1973 r. Wakeman zamieścił na nim instrumentalne portrety sześciu żon angielskiego króla Henryka VIII. Wielki sukces tej płyty sprawił, że muzyk ten opuścił macierzystą formację Yes w której grał wówczas na instrumentach klawiszowych i rozpoczął owocną karierę solową.
Album Ricka Wakemana pt.: "The Six Wives Of Henry VIII" nadano w wersji dźwiękowej w Programie III Polskiego Radia w audycji "Kanon muzyki rockowej" 31 X 1983 r.
Przy tej okazji chciałbym dodać że w sieci jest wiele stron prezentujących tzw kanoniczną muzykę rockową. Jedną z bardziej godnych uwagi, także z powodu tyłu jest ta na stronie:
http://www.kanon-rock.com.pl/
wtorek, 13 listopada 2018
Tangerine Dream - "Poland" (1984) / Marillion - "Script for a Jester's Tear" (1983) - recenzje w magazynie "Razem" z 1984-1985?
Tangerine Dream - "Poland" (1984)
Dzisiaj w kolekcji wycinków z prasy nie muzycznej PRL przedstawię dwie recenzje dwóch wydawnictw płytowych: podwójnego albumu koncertowego "Poland" (1984) niemieckiego zespołu Tangerine Dream i album "Script For A Jester's Ters" (1983) zespołu Marillion, wschodzącej gwiazdy neoprogresywnego rocka. Obie recenzje pochodzą z epoki i obie przygotował Karol Majewski, ówczesny dyżurny recenzent muzyczny magazynu "Razem".
Album "Poland" nagrany został 10 XII 1983 r. podczas koncertu zespołu Tangerine Dream w Polsce w warszawskiej sali Torwar. Zarejestrowane wówczas nagrania wydała mała wytwórnia Jive Electro w listopadzie 1984 r. na podwójnym albumie nazwanym "Poland (The Warsaw Concert)". Koncert i pierwsza płytę tego podwójnego wydawnictwa otwierała zapowiedź znanego polskiego prezentera radiowego i propagatora muzyki elektronicznej - Jerzego Kordowicza. Jednak faktycznie nie zapowiadał on tego koncertu na żywo, a jedynie z taśmy, bo w tym czasie był na zagranicznej delegacji. W sumie na albumie tym znalazły się tylko cztery długie instrumentalne kompozycje przy dwie z nich nawiązywały tytułami do naszego kraju i jego znanych miejsc historycznych ("Poland" i "Barbakane").
Napisana przez Majewskiego w epoce recenzja albumu "Poland" była dość chłodna. W jego ocenie album ten był zaledwie dobry i to tylko dlatego, że podrasowano go w studio nagraniowym, bo sam Majewski pamiętał te nagrania na żywo jako niezbyt porywające. Na początku swej recenzji jednoznacznie zresztą stwierdził, że najlepsze lata ten zespół miał już wówczas za sobą, a także że ostatnimi czasy znacznie ciekawsze płyty nagrywał jego lider Edgar Froese niż jego macierzysta formacja w komplecie.
W sumie trudno się nie zgodzić się z tą opinią, zwłaszcza z perspektywy tych dziesiątek przeciętnych płyt jakie grupa wydała w ciągu ostatnich 25 lat swej działalności. Ja uważam, że swe najlepsze albumy nagrała pomiędzy 1973 a 1979 rokiem, a za ich szczytowe osiągnięcie uznaję płytę "Stratosfear" (1977) z nieodżałowanym Peterem Baumannem w składzie.
Obecnie podwójny koncert "Poland" wydany uważany jest wśród fanów i recenzentów za jeden z klasycznych albumów Tangerine Dream. Dowodem tego są oceny na fachowych portach z recenzjami płyt. Profesjonalny portal allmusic.com wycenił go na 4 gwiazdki (recenzenci i fani), fanowski portal rateyourmusic.com wycenił go na 3,87, a portal sputnikmusic.com na 3,8. Oceny te świadczą o bardzo wysokim uznaniu tego albumu przez fanów i recenzentów.
Album "Poland" był jednym z nielicznych w latach 80., który wydano w PRL prawie w tym samym czasie co na Zachodzie Europy. W Polsce wydała go wytwórnia Tonnpress już w listopadzie 1984 r. Jeszcze wcześniej, bo już w trakcie samych koncertów w Polsce Jerzy Kordowicz przedstawił relację z ich przebiegu w swej audycji "Studio Nagrań" w dniu 7 XI 1983 r. Następnie przedstawił znaczne fragmenty tego koncertu w dwóch audycjach "Studia Nagrań" w dniach 29 II i 7 III 1984, wreszcie przedstawił pełny koncert z płyty "Poland" w dwóch audycjach "Studio Nagrań": 17 i 24 X 1984 r. oraz 31 X i 7 XI 1984 r.
Koncerty zespołu Tangerine Dream w naszym kraju w grudniu 1983 r. były wielkim wydarzeniem kulturalnym w Polsce przygnębionej beznadzieją stanu wojennego. Było to wielkie przeżycie także dla mnie, choć śledziłem ten koncert jedynie poprzez relację radiową.
***
Marillion - "Script for a Jester's Tear" (1983)
Album ten ukazał się na Zachodzie 14 III 1983 r. Było to dzieło brytyjskiego zespołu Marillion. W świecie plastikowej muzyki pop początku lat 80. album ten od razu okrzyknięto wybitnym. Jego muzyczne przesłanie nawiązywało bezpośrednio do wyklinanego w ostatnich latach progresywnego rocka, stąd zespół Marillion od początku uznano za jednego z głównych przedstawicieli filozofii neoprogresywnego rocka. Odtąd komponowanie i granie skomplikowanych formalnie najczęściej dłuższych utworów oraz wykonawcza wirtuozeria znowu stały się modne, choć już nie tak powszechne jak niegdyś.
Jako pierwszy debiutancki album Marillion w swej audycji "Mini-Max" zaprezentował 6 X 1983 r. Piotr Kaczkowski. ale osobą, która w największym stopniu przyczyniła się do popularyzacji tej grupy w Polsce był młody wówczas dziennikarz muzyczny Tomasz Beksiński. Pamiętam jak dziś dzień jak w jednej z prowadzonych przez niego audycji powiedział zmyśloną przez siebie anegdotę o następującej treści.
"Pewnego razu kilku zdolnych początkujących muzyków, miłośników dawnego progresywnego rocka, postanowiło posłuchać najnowszej wówczas płyty zespołu Genesis, czyli albumu "Abacab". Po jej przesłuchaniu muzycy ci byli załamani tym co usłyszeli, a więc brzmieniem zbliżonym do przeciętnej muzyki pop. Jeden z nich rzekł wówczas, chodźmy, założymy własny zespół, aby grać prawdziwą progresywną muzykę rockową, taką jaką grał zespół Genesis jeszcze zanim został opanowany przez Phila Collinsa i jego piosenkowy styl. Inny dodał, ratujmy to co najlepszego w tej muzyce - mając na myśli progresywnego rocka. Jak postanowili tak zrobili, dzięki czemu powstał zespół Marillion."
I choć opowiedziana historyjka była zmyślona, bardzo przypadła mi do gustu, bo oddawała także moje rozgoryczenie tym, co reprezentował sobą wówczas zespół Genesis i cały skomercjalizowany nurt rocka.
Także Karol Majewski w swej recenzji tej płyty z 1984 r. już na jej początku zadał retoryczne pytanie: "Czyżby narodziny nowego Genesis?" Jednak zaraz później przytomnie dodawał, że album ten jest dowodem naturalnego rozwoju brytyjskiej muzyki progresywnej. Wskazał przy tym na wyjątkowe zdolności adaptacyjne muzyków tej grupy, którzy tchnęli nowe życie w martwą z pozoru formułę klasycznego symfonicznego rocka wypracowaną w latach 70. Ale na końcu dodał jednak, że album ten nie zagrzał zbyt długo na listach przebojów (sprzedaży) na rynku brytyjskim zepchnięty szybko na dalsze pozycje przez miłośników prostszych odmian muzyki.
Obecnie album ten uważa się za jedną z najlepszych płyt rocka lat 80. a także za klasyczne dzieło w historii muzyki popularnej. Dowodem tego są wysokie oceny przyznane tej płycie na portalach muzycznych: allmusic.com (4,5 gwiazdki - krytycy i fani), rateyourmusic.com (3,80), sputnikmusic.com (4,2). Ja także bardzo lubię tę płytę i wysoko ją oceniam.
Dzisiaj w kolekcji wycinków z prasy nie muzycznej PRL przedstawię dwie recenzje dwóch wydawnictw płytowych: podwójnego albumu koncertowego "Poland" (1984) niemieckiego zespołu Tangerine Dream i album "Script For A Jester's Ters" (1983) zespołu Marillion, wschodzącej gwiazdy neoprogresywnego rocka. Obie recenzje pochodzą z epoki i obie przygotował Karol Majewski, ówczesny dyżurny recenzent muzyczny magazynu "Razem".
Album "Poland" nagrany został 10 XII 1983 r. podczas koncertu zespołu Tangerine Dream w Polsce w warszawskiej sali Torwar. Zarejestrowane wówczas nagrania wydała mała wytwórnia Jive Electro w listopadzie 1984 r. na podwójnym albumie nazwanym "Poland (The Warsaw Concert)". Koncert i pierwsza płytę tego podwójnego wydawnictwa otwierała zapowiedź znanego polskiego prezentera radiowego i propagatora muzyki elektronicznej - Jerzego Kordowicza. Jednak faktycznie nie zapowiadał on tego koncertu na żywo, a jedynie z taśmy, bo w tym czasie był na zagranicznej delegacji. W sumie na albumie tym znalazły się tylko cztery długie instrumentalne kompozycje przy dwie z nich nawiązywały tytułami do naszego kraju i jego znanych miejsc historycznych ("Poland" i "Barbakane").
Napisana przez Majewskiego w epoce recenzja albumu "Poland" była dość chłodna. W jego ocenie album ten był zaledwie dobry i to tylko dlatego, że podrasowano go w studio nagraniowym, bo sam Majewski pamiętał te nagrania na żywo jako niezbyt porywające. Na początku swej recenzji jednoznacznie zresztą stwierdził, że najlepsze lata ten zespół miał już wówczas za sobą, a także że ostatnimi czasy znacznie ciekawsze płyty nagrywał jego lider Edgar Froese niż jego macierzysta formacja w komplecie.
W sumie trudno się nie zgodzić się z tą opinią, zwłaszcza z perspektywy tych dziesiątek przeciętnych płyt jakie grupa wydała w ciągu ostatnich 25 lat swej działalności. Ja uważam, że swe najlepsze albumy nagrała pomiędzy 1973 a 1979 rokiem, a za ich szczytowe osiągnięcie uznaję płytę "Stratosfear" (1977) z nieodżałowanym Peterem Baumannem w składzie.
Obecnie podwójny koncert "Poland" wydany uważany jest wśród fanów i recenzentów za jeden z klasycznych albumów Tangerine Dream. Dowodem tego są oceny na fachowych portach z recenzjami płyt. Profesjonalny portal allmusic.com wycenił go na 4 gwiazdki (recenzenci i fani), fanowski portal rateyourmusic.com wycenił go na 3,87, a portal sputnikmusic.com na 3,8. Oceny te świadczą o bardzo wysokim uznaniu tego albumu przez fanów i recenzentów.
Album "Poland" był jednym z nielicznych w latach 80., który wydano w PRL prawie w tym samym czasie co na Zachodzie Europy. W Polsce wydała go wytwórnia Tonnpress już w listopadzie 1984 r. Jeszcze wcześniej, bo już w trakcie samych koncertów w Polsce Jerzy Kordowicz przedstawił relację z ich przebiegu w swej audycji "Studio Nagrań" w dniu 7 XI 1983 r. Następnie przedstawił znaczne fragmenty tego koncertu w dwóch audycjach "Studia Nagrań" w dniach 29 II i 7 III 1984, wreszcie przedstawił pełny koncert z płyty "Poland" w dwóch audycjach "Studio Nagrań": 17 i 24 X 1984 r. oraz 31 X i 7 XI 1984 r.
Koncerty zespołu Tangerine Dream w naszym kraju w grudniu 1983 r. były wielkim wydarzeniem kulturalnym w Polsce przygnębionej beznadzieją stanu wojennego. Było to wielkie przeżycie także dla mnie, choć śledziłem ten koncert jedynie poprzez relację radiową.
***
Marillion - "Script for a Jester's Tear" (1983)
Album ten ukazał się na Zachodzie 14 III 1983 r. Było to dzieło brytyjskiego zespołu Marillion. W świecie plastikowej muzyki pop początku lat 80. album ten od razu okrzyknięto wybitnym. Jego muzyczne przesłanie nawiązywało bezpośrednio do wyklinanego w ostatnich latach progresywnego rocka, stąd zespół Marillion od początku uznano za jednego z głównych przedstawicieli filozofii neoprogresywnego rocka. Odtąd komponowanie i granie skomplikowanych formalnie najczęściej dłuższych utworów oraz wykonawcza wirtuozeria znowu stały się modne, choć już nie tak powszechne jak niegdyś.
Jako pierwszy debiutancki album Marillion w swej audycji "Mini-Max" zaprezentował 6 X 1983 r. Piotr Kaczkowski. ale osobą, która w największym stopniu przyczyniła się do popularyzacji tej grupy w Polsce był młody wówczas dziennikarz muzyczny Tomasz Beksiński. Pamiętam jak dziś dzień jak w jednej z prowadzonych przez niego audycji powiedział zmyśloną przez siebie anegdotę o następującej treści.
"Pewnego razu kilku zdolnych początkujących muzyków, miłośników dawnego progresywnego rocka, postanowiło posłuchać najnowszej wówczas płyty zespołu Genesis, czyli albumu "Abacab". Po jej przesłuchaniu muzycy ci byli załamani tym co usłyszeli, a więc brzmieniem zbliżonym do przeciętnej muzyki pop. Jeden z nich rzekł wówczas, chodźmy, założymy własny zespół, aby grać prawdziwą progresywną muzykę rockową, taką jaką grał zespół Genesis jeszcze zanim został opanowany przez Phila Collinsa i jego piosenkowy styl. Inny dodał, ratujmy to co najlepszego w tej muzyce - mając na myśli progresywnego rocka. Jak postanowili tak zrobili, dzięki czemu powstał zespół Marillion."
I choć opowiedziana historyjka była zmyślona, bardzo przypadła mi do gustu, bo oddawała także moje rozgoryczenie tym, co reprezentował sobą wówczas zespół Genesis i cały skomercjalizowany nurt rocka.
Także Karol Majewski w swej recenzji tej płyty z 1984 r. już na jej początku zadał retoryczne pytanie: "Czyżby narodziny nowego Genesis?" Jednak zaraz później przytomnie dodawał, że album ten jest dowodem naturalnego rozwoju brytyjskiej muzyki progresywnej. Wskazał przy tym na wyjątkowe zdolności adaptacyjne muzyków tej grupy, którzy tchnęli nowe życie w martwą z pozoru formułę klasycznego symfonicznego rocka wypracowaną w latach 70. Ale na końcu dodał jednak, że album ten nie zagrzał zbyt długo na listach przebojów (sprzedaży) na rynku brytyjskim zepchnięty szybko na dalsze pozycje przez miłośników prostszych odmian muzyki.
Obecnie album ten uważa się za jedną z najlepszych płyt rocka lat 80. a także za klasyczne dzieło w historii muzyki popularnej. Dowodem tego są wysokie oceny przyznane tej płycie na portalach muzycznych: allmusic.com (4,5 gwiazdki - krytycy i fani), rateyourmusic.com (3,80), sputnikmusic.com (4,2). Ja także bardzo lubię tę płytę i wysoko ją oceniam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















